Slayers Fans

Odwiedź nas na http://slayers-fans-society.blogspot.co.uk/

#151 2014-06-10 21:25:42

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Oj, to prawda. Parę lat temu byłam zrozpaczona, jak kilka serwerów zlikwidowało mnóstwo stron m in. ze Slayersami. Taki dorobek fanowskiej kultury po prostu zaginął T.T.  Więc zrobienie dodatkowej kopii nigdy nie zaszkodzi


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#152 2014-06-21 22:20:29

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Rozdział 8
Szept półmroku
     
Pierwszemu kalendarzowemu dniu jesieni w Eques towarzyszył drobny deszcz spływający z niewielkich chmur nieśmiało zakrywających słońce. Małe krople delikatnie ocierały się o złote liście starych potężnych dębów. Gdzieniegdzie w powietrzu pojawiał się jasny, wielobarwny blask świadczący o swobodnym, niezakłócanym przez żadne negatywne czynniki, przepływie magii. Gdyby nie głośna eksplozja dochodząca z pięknego ogromnego dworku usytuowanego w centrum tego uroczego krajobrazu, można by uznać tę okolicę za wzór beztroski, idylli i spokoju.   
- Panie Zelgadisie!
Drzwi do salonu otworzyły się z rozmachem. Filia szybkim krokiem podeszła do mężczyzny zajmującego wygodny fotel tuż przy oknie z widokiem na majestatyczne, ogromne drzewa o złocistych koronach. W jej niebieskich oczach tliła się irytacja, co dodatkowo podkreślało wynurzenie się spod różowej sukienki smoczego ogonka zwieńczonego gustowną kokardką.
- Przywołaj pannę Linę do porządku! Już piąty raz, tylko w tym tygodniu, ściana w kuchni została wysadzona w powietrze!
Mistrz ziemi ze stoickim spokojem uniósł głowę znad kubka gorącej kawy o wyjątkowo bogatym aromacie.
- Hm… Ściana powiadasz.
- No, łącznie z panem Gourry’m – sprostowała Smoczyca. – Co nie zmienia faktu, że panna Lina chyba nie do końca sobie radzi z nowo rozpieczętowaną mocą.
- Tak uważasz?
Na twarzy Filii pojawiło się wahanie.
- Panna Lina tak się tłumaczy za każdym razem. W sumie ostatnio naprawdę rozpieczętowałeś ogromną część jej mocy…
- Cóż… - odparł spokojnie Zelgadis, biorąc kolejny łyk napoju. – Kłamie ci wobec tego w żywe oczy.                   
W oczach Ryuzoku pojawił się niebezpieczny błysk.
- Czyli z pełną świadomością demoluje bezcenną magiczną twierdzę…
- A nie cieszy cię fakt, że dziewczyna robi ogromne postępy w tak krótkim czasie? Przecież to był twój pomysł. Powinnaś być zadowolona.
- Owszem, jestem – odparła Smoczyna tonem, który całkowicie podważał szczerość wypowiedzianych przez nią słów. – Ale to ja świecę oczami przed Radą Finansów Seyrun! Czym mam wytłumaczyć kolejny rachunek za remont kuchni?!
- Może tym, czym ostatnio usprawiedliwiłaś ogromną dziurę w twojej części mieszkalnej po wizycie Xellossa? 
W jednej chwili oba policzki Kapłanki Ceiphieda przyjęły piękną czerwoną barwę.
- Skąd wiesz, że Xelloss tam był?
- Strzelałem. – Mężczyzna wzruszył ramionami.
Filia spiorunowała go wzrokiem, lecz zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, drzwi do salonu otworzyły się ponownie.
- Panie Zelgadisie, witaj z powrotem! – zawołała radośnie Amelia. – Jak pana misja? – Czy… - na moment spoważniała - … ktoś…
- Nie ma żadnych śladów działalności Ruelzhan, żadnych ofiar, żadnych śladów magicznych, nic – odpowiedział Zelgadis.
Użytkowniczka białej magii się odetchnęła z ulgą.
- To dobrze.
- Może i tak – przyznał wojownik. – Nie zmienia to jednak faktu, że nie wiemy, dlaczego tak się stało. Przez co wciąż nie przybliżyliśmy się do odkrycia planów Rezo nawet o centymetr – dodał ponuro.
- To faktycznie jest dziwne – wtrąciła Filia. -  Do spotkania Przymierza Równowagi co chwila dostawaliśmy raporty o kolejnych ofiarach. A teraz przez ponad trzy tygodnie panuje całkowita cisza. Wszystko powróciło do poprzedniego stanu.
- Nie wszystko – powiedziała cicho Amelia.
- Co masz na myśli? – spytał szybko Zelgadis.
Przyszła Shyllien spojrzała na maga z dziwną melancholią w oczach.
- Coś się zmieniło. Niby jest tak samo, ale inaczej. Nie potrafię tego inaczej opisać. Po prostu jest… inaczej.
Na moment zapadła cisza. Filia z zaskoczeniem przyglądała się córce Philionela. Amelia niepewnie patrzyła to na Ryuzoku to na wojownika.
- Inaczej – powtórzył powoli Zelgadis.
- Wiem, że niewiele może pomóc…  – zaczęła ciemnowłosa.
- Nie, Amelio, wręcz przeciwnie – odparł zamyślony mężczyzna, odstawiając pustą filiżankę na stół. – Takie słowa z ust następczyni Filara znaczą bardzo wiele.

***

23 września. Była w Krainie Równowagi już od ponad miesiąca. Za niecałe dwa tygodnie miał się zacząć rok akademicki na jej wymarzonej uczelni. Wymarzonej… To słowo zostawiało po sobie dziwny posmak. Czy po tym wszystkim, co dotychczas przeżyła po zderzeniu się ze światem magii, naprawdę pragnęła tego samego co wcześniej? Najpierw nie chciała słyszeć o zostaniu w Eques ani dnia dłużej niż by była zmuszona.  Przecież to naturalne. Kto z własnej nieprzymuszonej woli zacząłby pomagać zupełnie obcym ludziom w prowadzeniu wojny, która jej zupełnie nie dotyczyła. To oni narodzili się z magią zaklętą w ich wnętzru. To oni byli Strażnikami. To był ich obowiązek.
A jednak stopniowo pojawiało się coraz więcej czynników sprawiających, że coraz częściej zapominała, ze wcale nie tak dawno wiodła inne życie. Magia stawała się jej pasją, a nawet czymś więcej. Naturalnym składnikiem jej otoczenia na równi z powietrzem i wodą. Nie wiedzieć kiedy, nie potrafiła już sobie wyobrazić, jakby miało wyglądać jej życie pozbawione tej delikatnej, ciepłej mocy wypełniającej jej istnienie, bez wrażliwości na te fascynujące nurty, których chaotyczny przepływ mógłby doprowadzić do upadku Równowagi.   
Równowaga… Czym była prawdziwa Równowaga, o której mówił Czerwony Kapłan? Co takiego odkrył ten człowiek, że doprowadziło go to do roli przeciwnika tego, co bronił przez całe swoje życie? Rozumiała nienawiść Zelgadisa do tego mężczyzny, ale nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że ktoś o takiej mocy i rozumieniu otaczającego go świata, nie mógłby dążyć do zagłady Eques bez odpowiedniego powodu. Oczywiście, te myśli wolała zachować dla siebie. Zdążyła się już przekonać, że chociażby w Seyrun mieszkały osoby, które za samo takie sformułowanie problemu, skazałyby każdego na wysłanie do Ruelzaar. Próba usprawiedliwienia postępowania oficjalnego największego wroga Eques w obecnej chwili była, delikatnie mówiąc, nie na miejscu. Póki co musiała się skupić na nauce kontroli nad jak największą ilością mocy. Zelgadis twierdził, że do zrozumienia podstaw dawnych badań Rezo niezbędne jest ujrzenie na własne oczy jednego z miejsc o tajemniczej nazwie Barahesi. A jeżeli miał pozwolić jej się wybrać poza granice dworku, dziewczyna musiała zyskać kontrolę nad większą częścią swojej mocy. Lina nie polemizowała z tą opinią. Zdawała sobie sprawę z faktu, że w czasie takiej wyprawy, poza granicami potężnej magicznej twierdzy, niebezpieczeństwo mogło nadejść niemalże z każdej strony i że musiała się nauczyć chronić przynajmniej samą siebie, zanim taka ekspedycja mogła dojść do skutku. Do tego czasu jej badania ograniczały się jedynie do analizowania  materiałów, które odnalazła w bogatych zbiorach biblioteki skrywanej przez podziemia dworku.
Musnęła palcem starą ilustrację przedstawiającą spiralę z wyraźnym, czarnym punktem po środku. Po raz kolejny zadała sobie pytanie, dlaczego ten jeden punkt nie był obecny we wszystkich pozostałych książkach? Dziennik, który trzymała w dłoni był rękopisem, a więc jego autor musiał gdzieś ujrzeć właśnie taką wersję znaku symbolizującego Eques. Czytała, że Barahesi są miejscami nachodzenia na siebie dwóch wymiarów, będących obszarem badań wielu magów-badaczy. Może właśnie w jednym z tych tajemniczych obszarów odnajdzie odpowiedź na to pytanie? 
- Zanurzasz się w bardzo głębokich i niebezpiecznych wodach, panno Inverse. – Tuż nad jej uchem rozległ się rozbawiony męski głos. Lina błyskawicznie się odwróciła i niewiele myśląc, przywołała jedną dłonią kulę ognia. Stojący za nią osobnik o półdługich fioletowych włosach nawet nie drgnął, gdy dziewczyna w ułamku sekundy zwiększyła rozmiar i siłę zaklęcia. Rudowłosa uważnie obserwowała odzianego w beżową tunikę, szare spodnie i ciemną pelerynę mężczyznę. Na samym początku nie była w stanie określić jego aury magicznej, co teoretycznie wskazywałoby, że ma do czynienia z bardzo przeciętną jednostką, jednak od początku wyczuła w jego obecności pewien mroczny pierwiastek. Kiedy skupiła się na tej jednej nici mocy, natychmiast cofnęła własne zaklęcie. W jednej chwili ogarnęła ją świadomość, że właśnie przebywa w tym samym pomieszczeniu z istotą wypełnioną wręcz duszącą, czarną energią. Przywoływanie magii, jaką miała do dyspozycji w tym momencie, dla tego osobnika było jedynie drobną przeszkodą, zupełnie nieprzydatną czynnością w potencjalnym starciu.
- Kim jesteś?
- A jak uważasz? – odpowiedział lekko, przekrzywiając głowę. Jego wciąż zmrużone oczy wzmagały jednocześnie poczucie poirytowania i niepokoju.
Zanim Lina zdołała wydobyć z siebie jakiekolwiek słowa, jej wzrok na moment się zamazał. Zaskoczona dziewczyna odruchowo cofnęła się o krok. Nawet nie zdążyła się zastanowić nad tym, co się stało chwilę wcześniej, gdy w okamgnieniu pomiędzy nią a nowo przybyłym pojawił się Zelgadis. W ułamku sekundy stal srebrzystego miecza znalazła się tuż przy gardle nieznajomego.
- Tym razem przesadziłeś, Xelloss – syknął mistrz ziemi.
- Nie musisz się tak denerwować, Zelgadisie – odparł fioletowowłosy, podnosząc obie ręce w uspokajającym geście. – Chciałem po prostu wreszcie się przywitać z panną Inverse. – Jego uśmiech nieznacznie się poszerzył.
- I myślisz, że ci w to uwierzę? Co jej zrobiłeś? – Głos Zelgadisa zaczął emanować wściekłością.
- Nawet, jeśli ci powiem zgodnie z prawdą, że nic, to i tak mi nie uwierzysz, czyż nie? – W tonie nieproszonego gościa pobrzmiewała nieprzemijająca wesołość podszyta lekkim sarkazmem.
- To, że mamy stan wyjątkowy, nie oznacza, że będę tolerować twoje prymitywne gierki.
- Och, zapewniam cię, że to nie są żadne gierki. Co więcej, po części wyświadczam ci przysługę. Nie byłoby to chyba zbyt mądre z twojej strony, jakbyś wypuścił pannę Inverse w świat bez wiedzy, czym tak naprawdę jest spotkanie z Mazoku, nie uważasz?
W oczach mistrza ziemi pojawił się niebezpieczny błysk.
- Uważam, że to nie jest twoja sprawa.
- Być może masz rację, Zelgadisie. Wobec tego nie będę dłużej ingerował w twoje sprawy. Panno Inverse, zapewne niebawem się zobaczymy. Do zobaczenia! – zawołał wesoło Xelloss, po czym się zdematerializował.
Zelgadis zaklął pod nosem i schował miecz, zanim odwrócił się w stronę wciąż nieco oszołomionej Liny.
- Nic ci nie jest? – spytał wyraźnie zaniepokojony.
Dziewczyna nie wiedziała, jak ma odpowiedzieć na to pytanie. Czuła się normalnie, ale miała świadomość, że w tamtej chwili, kiedy jej wzrok się zamazał, coś się stało. Brakowało jej jednak słów i świadomości magicznej, aby opisać to dziwne doświadczenie.
- Lina – ponaglił ją wojownik, lekko potrząsając jej ramieniem.
- Nic – odparła wreszcie. – To znaczy… Sama nie wiem.
- Cholera. – Jego spojrzenie z powrotem stało się lodowate. – Jeżeli ten popapraniec tak szybko się zmył, to oznacza, że osiągnął swój cel. Tylko, o co mu mogło chodzić?
Dziewczyna próbowała się skupić na jego słowach, lecz jej koncentrację zaczęły utrudniać delikatne impulsy potężnej, lecz znajomej jej mocy.
- Hm… Zel, to pulsacje twojej energii? – spytała nagle rudowłosa, spoglądając nieznacznie na swoje ramię, za które wciąż lekko ściskał ją Zelgadis.
Wzrok mężczyzny powędrował do jej ramienia. 
- Oj, przepraszam – rzekł speszony i natychmiast ją puścił. – Przy kontakcie bezpośrednim trudniej jest całkowicie ograniczyć przepływ mocy. Wybacz, to musiało być mało przyjemne.
- Nie – odparła szybko Lina. – To było dla mnie po prostu nowe wrażenie. Twoja moc, owszem, jest trochę obezwładniająca, ale… jakby to ująć… nie w nieprzyjemny sposób. 
Na chwilę zapadła cisza. Rudowłosa poczuła, że okolice jej policzków zrobiły się trochę za ciepłe, jak na jej gust. Gorączkowo szukała w pamięci pytania, które jeszcze chwilę wcześniej chciała zadać Zelgadisowi, aby odciągnąć jego uwagę od stwierdzenia, jakie można było zrozumieć nieco dwuznacznie, a co przecież nie było jej intencją.
- A więc to był Xelloss? – spytała niby od niechcenia.   
- No, tak – odparł mag. W jego głosie pobrzmiewało zaskoczenie. Z drugiej strony po wściekłości, jaką emanował moment wcześniej, nie zostało ani śladu.
- Ten, którego Filia określiła jako „wkurzający, chamski i obleśny Demon wiecznie szukający rozrywki kosztem innych”, tak?
- Nie ma takiego drugiego. Wierz mi, że nie da się go pomylić z nikim innym. – Chociaż było widać, że humor wojownika uległ lekkiej poprawie, ponownie pojawił się w jego tonie cień irytacji.
- Oj, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości – odparła Lina z niebezpiecznym błyskiem w oku. – Może zajmie mi to trochę czasu, ale cokolwiek mi zrobił, zapłaci za to – dodała mściwie, uśmiechając się do własnych myśli.
- Do tego momentu może minąć naprawdę sporo czasu – skomentował mag z powagą. – Xellossa nigdy nie można lekceważyć, nawet jeżeli jest po tej samej stronie barykady co ty. – Zamilkł na chwilę, w czasie której uważnie przyjrzał się rudowłosej. – I chociaż to, co zrobił, póki co faktycznie nie wygląda na nic groźnego, bo gdyby jakkolwiek szkodliwie zaingerował w twój wewnętrzny nurt, już teraz bym to wyczuł, wcale nie oznacza to, że możemy spokojnie zapomnieć o tym incydencie. Z drugiej strony, skoro rozpoznałaś w tak niepozornym osobniku kogoś stanowiącego zagrożenie, to możemy pomyśleć o pierwszej wyprawie do jednego z Barahesi. 
- Mówisz serio? – W czerwonych tęczówkach pojawiła się ekscytacja.
Kąciki ust Equeshan niemalże niezauważalnie się uniosły.
- Minął prawie miesiąc, a Ruelzhan nie wykonali żadnego ruchu, co jest dużo bardziej niepokojące. Poza tym opanowałaś wszystko, czego mogłem cię nauczyć w czterech ścianach odizolowanego od reszty świata dworku. Ty zapoznasz się z zewnętrznym nurtem, a ja będę w stanie sprawdzić kilka rzeczy. Cieleth to miejsce, gdzie nikt nie powinien być w stanie odkryć naszej tożsamości, więc wyprawa ta będzie obarczona wyjątkowo małym ryzykiem, a przy odrobinie szczęścia może wreszcie coś ruszy się do przodu.
Na twarzy Liny pojawił się leniwy uśmieszek.
- Małe ryzyko i duży zysk? Te rzeczy niezwykle rzadko idą razem w parze.
Zelgadis obdarzył ją spojrzeniem rodzica podwórkowego rozrabiaki.
- Jeżeli nie będziesz swoim zwyczajem ignorować moich zaleceń i eksperymentować z nowo poznanymi formami nurtów i magii za moimi plecami, ryzyko naprawdę będzie niewielkie.   
- Nie wiem, o czym mówisz, Zel. Weryfikacja swojej wiedzy w praktyce a nieodpowiedzialne eksperymenty to dwie różne rzeczy.  – Czarodziejka założyła ręce na piersiach. – Więc jeżeli o mnie chodzi, możesz być całkowicie spokojny. – Nawet nie próbowała ukryć rozbawienia w swoim głosie.
- Jakbyś nie podchodziła z maniaka godną fascynacją do każdego zagadnienia związanego z magią, może i byłbym spokojny. – Mag uśmiechnął się drwiąco. – A ponieważ jest jak jest, nie mamy, o czym rozmawiać w tym temacie. Zresztą nie będziesz sama poznawała uroki Cieleth. Amelia również idzie z nami.
Dziewczyna, która już przygotowywała się do kolejnej riposty, nieco spoważniała.
- Miło słyszeć, że chociaż ty nie zamierzasz trzymać jej pod kloszem.
- Chyba trochę zbyt surowo oceniasz Phila – odparł po dłuższej chwili Zelgadis.
- Zbyt surowo? – W jej tonie pojawiła się irytacja. – Dziewczyna, która ma pełnić pewnego dnia funkcję Shyllien, od urodzenia żyjąca w świecie magii, jeszcze miesiąc temu wiedziała o Ruelzhan mniej niż ja, która przybyłam tutaj kilka dni wcześniej. Szanuję Phila jako przywódcę, ale w tym temacie nie jestem w stanie go nie krytykować.
Mężczyzna oparł się o ścianę i skrzyżował ręce na piersiach.
- Z jednej strony masz rację, a z drugiej Phil ma powody, dla których zachowywał się tak a nie inaczej w temacie Amelii. Dziesięć lat temu Phil udał się na spotkanie Przymierza Równowagi. I właśnie tej nocy matka Amelii została zamordowana, a jej starsza siostra zaginęła. Nikt nie wie, co się wtedy stało. Amelii wyjątkowo nie było wtedy w domu, ale wyobraź sobie, co się działo z sześcioletnim dzieckiem, gdy wróciło do domu i zastało tam zimne ciało własnej matki. Więc po czymś takim to chyba naturalne, że Phil chciał chronić swoją córkę. Inną sprawą jest fakt, że w pewnym momencie Amelia przestała być małą dziewczynką, a wciąż była traktowana jak dziecko. Czasami im bardziej nam na kimś zależy, tym bardziej może to wpłynąć na nasz osąd. – Wypowiadając ostatnie zdanie, lekko ściszył głos, a jego wzrok stał się na moment odległy i nieodgadniony. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że dotyczyło ono nie tylko Filara Rejonu Varney.

***

Wiadomości, jakie otrzymała od Zelgadisa, dotyczące przeszłości rodziny Seyrun wbrew pozorom nie były dla Liny zbyt wielkim zaskoczeniem. Jej słowa wypowiedziane pod adresem Philionela okazały się bardzo trafne. Żyjąca do niedawna w bezpiecznym światku rodzicielskiej opieki Amelia po swoim pierwszym starciu z rzeczywistością nie przechodziła łatwego okresu. Na co dzień przyszła Shyllien zachowywała się niemalże jak zawsze. Jej entuzjazm i wszechogarniająca pogoda ducha zamierała jedynie w momentach, kiedy pytała mistrza ziemi o wyniki jego misji zwiadowczych, co stało się jej nowym zwyczajem, oraz późnymi wieczorami, gdy z wszelkimi oznakami przebudzenia się z wyjątkowo realistycznego koszmaru stawała przed drzwiami czarodziejki.
Za pierwszym razem rudowłosa na początku była bardzo niezadowolona z wizyty o tak późnej godzinie. Jednak wystarczyło spojrzeć w oczy niespodziewanego gościa, aby wiedzieć, że dziewczyna bynajmniej nie miała ochoty na prowadzenie nocnych dysput na temat rangi sprawiedliwości we wszechświecie. Lina dobrze znała to spojrzenie. Doświadczała czegoś podobnego wielokrotnie po zerknięciu w lustro po spędzeniu kolejnych paru godzin z koszmarem, który nawiedzał ją od dziecka. W takiej sytuacji nie potrafiła odmówić młodszej koleżance komfortu w postaci obecności drugiego człowieka, zwłaszcza gdy sama doskonale znała taki stan ducha. Z drugiej strony, zaskoczyło ją, że Amelia w chwili słabości przyszła właśnie do niej. W tym dworku mieszkały przecież jeszcze cztery osoby, które dziewczyna znała zapewne od wielu lat. Zanim Lina zdołała wypowiedzieć swoje pytanie na głos, z ust użytkowniczki białej magii padły słowa, jakich czarodziejka zupełnie się nie spodziewała.
- Panno Lino, jak ty to robisz? Zostałaś wciągnięta do świata, którego nie znasz, a bez cienia lęku robisz wszystko, aby go poznać i nam pomóc. W czasie wielu nocy męczą cię koszmary, a nie dajesz nic po sobie poznać…   
- Ja i koszmar? O czym ty mówisz? – Rudowłosa starała się, aby jej głos brzmiał zdawkowo, Amelia jednak wcale się nie przejęła tym unikiem. 
- W czasie niektórych poranków twoja aura bywa nieco przygaszona. Co prawda błyskawicznie to mija, ale na tyle często sama tego doświadczyłam, że dobrze wiem, co to oznacza – odparła młodsza dziewczyna, uśmiechając się sucho.

Czarodziejka nigdy nie chciała rozmawiać o swoim koszmarze, którego znaczenia wciąż nie mogła zrozumieć. Od zawsze ten temat wzbudzał w niej niepokój i zwykle starała się robić wszystko, aby jak najszybciej o nim zapomnieć. Jednak Amelia nawiązała do niego w zupełnie inny sposób. Nie pytała o jego treść. Nie zmuszała jej do żadnych wyznań. Chciała po prostu uzyskać radę od osoby zmagającej się z podobnym problemem.   
- Amelio, ustalmy jedną rzecz, bo chyba stworzyłaś sobie jakiś fałszywy obraz mnie. Trenuję magię, bo nie mam innego wyboru. Ruelzhan by mnie namierzyli i najprawdopodobniej zabiliby mnie jak innych Strażników wraz z ekstrakcją mocy. A ja nie zamierzam ginąć i to na dodatek w wyniku wojny, która wcale mnie nie dotyczy. Mam zbyt wiele rzeczy do zrobienia i ani myślę żegnać się z tym światem, dopóki tego nie dokonam. To samo się tyczy tych durnych koszmarów. Owszem, są upierdliwe, ale za nic nie dopuszczę, aby stanęły mi na drodze.     
Amelia z uwagą słuchała jej słów, dokładnie je analizując. Minęło kilkanaście sekund, zanim dziewczyna odparła z zapałem w oczach.
- Jesteś naprawdę silna, panno Lino! Ja również taka będę! Z twoją pomocą udało mi się pomóc pannie Sylphiel, a jeżeli będę więcej ćwiczyć, może uda mi się uratować więcej ofiar Ruelzhan!
Czarodziejka nerwowo przeczesała grzywkę. Cieszyła się, że młodsza koleżanka odzyskała dobry humor, ale o tej porze nie miała siły słuchać zbyt wzniosłych wywodów najmłodszej latorośli rodu Seyrun.
- Na pewno! Więc może już pójdziesz spać, aby mieć jutro więcej sił na kolejny trening? – spytała z udawanym entuzjazmem.
- Tak zrobię! – odparła niczym niezrażona Amelia, wstając z miejsca. – Dziękuję, panno Lino! – dodała, po czym ruszyła w stronę drzwi. Jednak zanim wyszła, na moment się odwróciła i spojrzała w stronę starszej dziewczyny. – Nie trenujesz magii tylko z przymusu, panno Lino. W twojej aurze bardzo dokładnie widać radość płynącą z jedności z mocą, jaką odczuwasz. Byłabyś doskonałą Strażniczką. 

Również od tego momentu Lina zaczęła poznawać, na czym polega prawdziwa istota bycia Filarem. Osoby mające predyspozycje do zostania Shyllien posiadały ponadprzeciętną wrażliwość magiczną. A ponieważ jednocześnie potrafiły perfekcyjnie wyciszyć swój wewnętrzny nurt, mogły odczytać emocje towarzyszące wszelkiej działalności związanej z mocą. Nawet jeżeli był to taki szczegół, jak niemal niezauważalna zmiana w aurze maga.

***

- Nie podoba mi się to – oznajmiła chyba po raz dziesiąty tego dnia Smoczyca. Nie było istotne, że wyrażenie na głos tego zdania już w żaden sposób nie miało szansy wpłynąć na decyzję Zelgadisa, gdyż dokładnie godzinę wcześniej doświadczony Equeshan w towarzystwie Liny i Amelii zniknął w jasnym świetle teleportacyjnego kręgu. Filia jednak nie była w stanie pozbyć się strumienia niespokojnych myśli w związku z tą eskapadą. Jakby tego było mało, mistrz ziemi oczywiście nie mógł wybrać jakiegoś miejsca w ich wymiarze, tylko musiał się zdecydować na Barahesi nieopodal wioski Cieleth. Owszem, cieszyła się, że rudowłosa robiła ogromne postępy w magicznej edukacji, a następczyni Filara z powodzeniem uzupełniała braki w przygotowaniu bojowym, ale, na Ceiphieda, wysłać tę dwójkę w tak niebezpieczne rewiry to było szaleństwo! Nawet jeżeli towarzyszył im najsilniejszy wojownik Rejonu Varney, Ryuzoku bez trudu mogła sobie wyobrazić tysiące scenariuszy o tragicznym końcu.   
- Przesadzasz. – Z mrocznych rozmyślań wyrwał ją pogodny głos Gourry’ego, opierającego się o ścianę Sali Teleportacji i obserwującego dwie pozostałe mieszkanki dworku, które klęczały na środku ogromnego pomieszczenia. – Wszystko będzie dobrze. Przecież Zel jest z nimi, a poza tym obie dziewczyny, a zwłaszcza Lina, potrafią już nieźle przyłożyć.
- Emm… Filio, a czy mogłabyś jeszcze na chwilę skupić się na naszej barierze? – wtrąciła nieśmiało Sylphiel. Prośba uzdrowicielki była bardzo delikatnym określeniem ich zadania. Zelgadis i Philionel zalecili obu Strażniczkom, aby dokonały odświeżenia potężnej bariery strzegącej bezpieczeństwa mieszkańców magicznej twierdzy. W tym celu obie kobiety musiały poświęcić wiele godzin na synchronizację z mocą potężnej budowli oraz delikatną manipulację energią, mającą doprowadzić do zwielokrotnienia siły ochronnej osłony. A ponieważ cały proces rozpoczęły zaledwie kilkadziesiąt minut temu, wciąż czekała ich długa droga do realizacji tego zalecenia, co na skutek dekoncentracji Smoczycy oddalało się jeszcze bardziej.     
- Och, wybacz, Sylphiel. – Filia szybko przywołała się do porządku i na powrót skupiła się na subtelnym tańcu magii Smoka i człowieka oplatającej w powolnym rytmie fundamenty bariery ochronnej. – Ale mimo wszystko, nie uważasz, że wyprawa do Cieleth to czyste szaleństwo? W okolicach Barahesi są takie zawirowania nurtów, że nawet nie można wyczuć swojej aury! Przecież wróg może bardzo łatwo wmieszać pomiędzy mieszkańców!
- Dzięki temu Zelgadis, Amelia i Lina również będą mogli wmieszać się w tłum – zauważyła z delikatnym uśmiechem ciemnowłosa.
- Ech... Masz rację… Po prostu mam złe przeczucia. Jeżeli Rezo wdarł się na spotkanie Przymierza Równowagi, to czemu miałby nie obejmować swoimi mackami takiego niespokojnego obszaru, jakim jest Cieleth?
- Filia, daj już spokój. Zel wie, co robi. – Nagle odezwał się milczący dotąd Gourry. 
Smoczyca westchnęła ciężko.
- Mam taką nadzieję – dodała cicho.   

***

Dziki, nieokiełznany strumień energii wypełniał całą przestrzeń swoją potężną obecnością. Lina czuła się jakby weszła do rzeki o niezwykle wyważonym nurcie. Z jednej strony była świadoma jej siły, ale jednocześnie wiedziała, że nic jej nie grozi. Gęsta mgła szczelnie otulająca wąską ścieżkę co chwilę przyjmowała inną barwę. Morski błękit. Trawiasta zieleń. Krwista czerwień. Gdzieniegdzie na przemian pojawiały się i znikały różnych rozmiarów motyle o skrzydłach utkanych z energetycznych nici. A więc to był próg Barahesi? To tak wyglądał przedsionek miejsca nakładania się na siebie wymiarów?
- Czy to jest Cieleth? – spytała Amelia z fascynacją w głosie.
- Nie. – Rozległ się tenor Zelgadisa. – Cieleth leży dziesięć minut drogi stąd. To jest ostatni oficjalny punkt należący do naszego wymiaru. Na końcu tej ścieżki znajduje się serce Barahesi, jednak tam natężenie mocy jest już zbyt wysokie, abyście się tam swobodnie czuły, więc zatrzymamy się w samym Cieleth, które jest miastem obejmującym obszary o tak bezpiecznym nurcie, że nawet magowie nie będący Strażnikami mogą tam swobodnie egzystować.
- Czyli Cieleth już nie należy do Rejonu Varney? – dopytywała Amelia.
- Nie. – Tym razem odezwała się Lina. – Cieleth to miasto neutralne, tak samo jak Zienth znajdujący się po drugiej strony tego Barahesi, zgadza się? – zwróciła się w stronę Zelgadisa.
- Panno Lino, a ty skąd o tym wiesz? – spytała ze zdziwieniem ciemnowłosa dziewczyna.
- Ta maniaczka przeczytała chyba całe nasze zbiory – skomentował rozbawiony mag.
- Maniaczka? – W czerwonych tęczówkach pojawił się niebezpieczny błysk.
- Ale ty, panie Zelgadisie, też przeczytałeś chyba te wszystkie książki. – wtrąciła wesoło Amelia.
Wojownik już szykował kolejną ripostę, kiedy jego wzrok przykuło gwałtowne powiększanie się drobnego punktu o kolorze letniego zmierzchu.
- To tutaj – oznajmił i nałożył kaptur. – Okryjcie głowy i starajcie się nie rzucać w oczy.
Obie dziewczyny skinęły głowami i szczelnie się okryły zwiewnymi czarnymi płaszczami, po czym śladem Zelgadisa przeszły przez otwór, który wyłonił się z tęczowej mgły. Moment później przed oczami Liny wyrósł najdziwniejszy krajobraz, jaki widziała w życiu.  Chociaż na zabudowę miasteczka składały się urocze piętrowe domki, jakie znała ze swojego świata, w żaden sposób nie dałoby się ukryć przynależności Cieleth do magicznej cywilizacji. W powietrzu na delikatnych podmuchach wiatru unosiły się wielobarwne ważki, zręcznie manewrując pomiędzy kolorowymi strużkami energetycznymi. Błękit nieba był  wrręcz nienaturalnie piękny, lecz doskonale się komponował z intensywną zielenią otaczającą miasteczko. Bocznymi uliczkami sunęły strumienie krystalicznie czystej wody, spływającej do niewielkiego jeziora zdającego się na przemian rosnąć i maleć w rytmie zbliżonym do ludzkiego serca. W oddali szalała burza czystej surowej mocy, co rusz to rozdzierając sklepienie na miliony kawałków, co w żaden widoczny sposób nie zdawało się wpływać na przyjemną aurę Cieleth. Był to najdziwniejszy widok, jaki początkująca czarodziejka widziała w życiu, ale jednocześnie też i najpiękniejszy.   
- Witajcie w Cieleth – powiedział cicho Zelgadis.
- Tu jest po prostu przepięknie! – krzyknęła zauroczona Amelia, wyrywając się naprzód.
- To prawda – przyznała ze szczerym zachwytem Lina.
- Tam za horyzontem znajduje się serce Barahesi. – Wojownik wskazał palcem odległy punkt na nieboskłonie. – Natężenie szalejącej tam mocy, to mało przyjemna rzecz. Gorzej jest tylko w Zeraquey.
- Co jest przyczyną tej burzy mocy? – spytała Lina, wciąż wpatrując się jak urzeczona w stronę horyzontu.
- Każdy z wymiarów powstał na skutek szczególnego procesu wymieszania się mocy Ceiphieda i Shabranigdo. W miejscach, gdzie spotykają się płaszczyzny dwóch wymiarów o zupełnie odrębnej strukturze magicznej, dochodzi do wzbudzenia dodatkowego przepływu mocy. Jest to mechanizm podobny do procesu powstawania wiatru, z tym że tutaj masz punkt wysokiego ciśnienia magicznego i niskiego ciśnienia magicznego.  Lecz z tego względu, że przez cały czas zmienia się struktura magiczna obu wymiarów, nigdy nie dojdzie do wyrównania ciśnienia magicznego po obu stronach, przez co ta burza mocy ma charakter permanentny.
- A co by się stało gdyby ciśnienie magiczne po obu stronach jednak się wyrównało? – W głosie rudowłosej pobrzmiewała czysta fascynacja. – Co by się stało jakby ustała ta burza mocy?
- W ten sposób doszliśmy do pytania, które stało się fundamentem badań mojego dziadka – powiedział cicho Zelgadis, starając się, aby jego słowa doszły tylko do uszu początkującej czarodziejki, po czym już głośniej zwrócił się do następczyni Filara, która w odległości kilku kroków przed nimi podziwiała jasnofioletowe kwiaty o żółtawych plamkach. – Amelio, zanurz się proszę w tutejszy nurt i powiedz mi, co wyczuwasz. 
- Mam na coś konkretnego zwracać uwagę?
- Szukaj tego, co wygląda dla ciebie „inaczej” – odparł mag, odwołując się do ich rozmowy sprzed kilku dni.
Dziewczyna z powagą kiwnęła głową i zamknęła oczy, pogrążając się w ciężkim skupieniu.  Nie minęło dziesięć sekund, nim jej powieki ponownie się uniosły.
- Tam. – Bez wahania wskazała odległe o kilka kilometrów jezioro.
Minutę później cała trójka już stała nad brzegiem pulsującego akwenu. Przenoszenie się w obrębie Cieleth należało do jednej z najłatwiejszych teleportacji, jakich dotychczas doświadczyła Lina. Spokojna rzeka energetyczna łącząca wszystkie nurty na terenie miasteczka niosła użytkowników magii zgodnie z ich wolą, co sprawiało, że nawet mniej doświadczeni czarodzieje mogli swobodnie podróżować po najbliższej okolicy.
Czarodziejka z uwagą przyglądała się niewielkim falom dryfującym po niemalże całkowicie wyciszonej tafli. Niczym niezmącony spokój otaczającej ją scenerii nie zapowiadał, że mogło się stać tutaj coś złego. Z drugiej strony, zdążyła już na tyle poznać specyfikę wyjątkowej wrażliwości Shyllien, że nawet na chwilę nie zwątpiła w słowa Amelii. Gdy następczyni Filara po przejściu kilkunastu kroków uklękła i musnęła palcem ziemię, rudowłosa wiedziała, że są na miejscu.     
- Tutaj go trzymali – szepnęła młodsza dziewczyna. – Miał coś, czego nienawidził, i co stało się przyczyną ich przybycia. – Jej głos powoli zaczął się załamywać. – Bał się. Tak bardzo się bał. – Mała dłoń zacisnęła się w pięść. – A oni go zabili… – Z granatowych oczu pociekły pierwsze łzy. – Zabili go, chociaż tak bardzo pragnąć żyć…
- Amelio, już wystarczy – powiedział stanowczo Zelgadis.
- On…
Mag ukląkł przy drżącej dziewczynie i lekko pogładził ją po głowie.
- Już wystarczy – powtórzył łagodnie.
- On chciał zobaczyć gwieździste niebo…
- Amelio.
- A oni go zabili…
Pozostałe słowa zostały przytłumione, gdy dziewczyna wtuliła się w Zelgadisa i zaczęła głośno płakać.     
Lina mocno zacisnęła dłonie. A więc znaleźli się w miejscu kolejnego morderstwa dokonanego w imię Prawdziwej Równowagi. Ile jeszcze istniało punktów przesiąkniętych echem tak silnego lęku i bólu? A ile z nich nigdy nie zostanie odkryte? Tylko Shyllien potrafili wykryć pozostałość magii towarzyszącej silnym emocjom. Zwyczajni Strażnicy byli w stanie odczytać ślady tylko konkretnych czarów. Więc skoro ona sama i Zelgadis nie mogli tutaj nic wyczuć, oznaczało to, że zabity posiadał jedynie podstawowe zdolności magiczne, a więc nie miał szans z takim przeciwnikiem jak Ruezhan… Co w oczach Czerwonego Kapłana uzasadniało takie okrucieństwo? Do czego on dążył?
- Lina. – Głos Zelgadisa wytrącił ją z rozmyślań. – Widzisz tamtą wierzę? – Wskazał palcem górujący nad miastem, lśniący nieskazitelną bielą, budynek. – To świątynia Ceiphieda. Punkt neutralny, blokujący działanie wszelkiej negatywnej magii…
Czarodziejka nie czekała na dalszy ciąg wyjaśnień tylko kiwnęła głową i się teleportowała. Jak tylko pojawiła się na miejscu, jej oczom ukazała się ogromna sala wypełniona licznymi idealnie płaskimi taflami wody w kształcie koła. Podłoga i ściany były pokryte beżowymi kafelkami oddzielającymi od siebie kolejne kręgi. Moment później tuż obok niej zmaterializował się mistrz ziemi, podtrzymujący wciąż zapłakaną ciemnowłosą. Jak tylko Amelia zobaczyła, gdzie się znajduje, puściła Zelgadisa i usiadła na środku najbliższego wodnego punktu. Mocno zacisnęła powieki i chwyciła się za ramiona, biorąc jednocześnie głęboki oddech.
- Co ona robi? – spytała cicho zdezorientowana Lina.
- Te kręgi są nazywane Laez. Umożliwiają odizolowanie się od obcych nurtów, pomagając w wyciszeniu się i w wsłuchiwaniu się w swój wewnętrzny nurt. Amelia jako przyszła Shyllien, u której wewnętrzna równowaga jest wyjątkowo ważna, od dziecka uczyła się z nich korzystać.
- Spodziewałeś się tego?
Mężczyzna nieznacznie pokręcił głową.
- Spodziewałem się, że może coś wykryć, ale nie przypuszczałem, że odnajdzie miejsce zamordowania Opiekuna Gwiazd.               
- Opiekuna Gwiazd?
- Opiekunowie Gwiazd, inaczej zwani Hoshigari, to wyjątkowo tajemnicze istoty. Zwykle nie mają dużej pojemności magicznej, ale mają niezwykłą zdolność do wyczuwania Ayn oraz Ayneres. Ci najlepsi są w stanie wskazać miejsce pojawienia się Ayn lub Ayneres z dokładnością co do wymiaru i miasta, znajdując się w zupełnie innym wymiarze.
- Z dokładnością co do wymiaru i miasta?
- Tak. I co więcej, skoro Amelia zareagowała tak gwałtownie, ten ślad emocjonalny nie może być starszy niż dwa miesiące.
- Dwa miesiące? Chcesz przez to powiedzieć, że…
- Tak. Pierwszy Ruelzhan, którego ujrzałaś w życiu, musiał uzyskać wiedzę o miejscu pojawienia się Ayneres właśnie od tego chłopaka.   
Na moment Lina zaniemówiła, a jej ogniste tęczówki gwałtownie się rozszerzyły.
- Jesteś pewny? – wydusiła z siebie.
- Jeszcze nie mam całkowitej pewności. Jest jeszcze parę rzeczy, które muszę sprawdzić. Ale jeśli te przypuszczenia okażą się prawdą, pojawi się pierwszy punkt zaczepienia, który przy odrobinie szczęścia pozwoli nam do nich dotrzeć. – odparł z nutką entuzjazmu, co było w przypadku Zelgadisa wyjątkowo rzadko spotykane.   
- Ile by ci to zajęło? – spytała po chwili namysłu.
- Jakbym był tutaj sam, nie więcej niż trzy godziny. Ale zajmę się tym, jak was odstawię do dworku.
- Nie – oznajmiła stanowczo. W jej oczach pojawił się błysk determinacji. – Zajmij się tym już teraz. Ja zaczekam z Amelią tutaj.
- Lina, to co mówiłem o małym ryzyku tej wyprawy dotyczy sytuacji, w której się nie rozdzielamy.
- Sam mi przed chwilą powiedziałeś, że świątynia Ceiphieda to punkt neutralny, blokujący działanie wszelkiej negatywnej magii. Jeżeli nie ruszymy się stąd, nic nam nie grozi, tak?
- Teoretycznie tak, ale…
- Zel, ilu takich Opiekunów Gwiazd mogło stracić życie bez waszej wiedzy skoro mają oni za mało siły, aby zostawić po sobie solidne magiczne echo? Jeżeli wreszcie można coś z tym zrobić, nie marnuj nawet chwili!
Szafir spotkał się z ognistą czerwienią. Żelazna stanowczość z gorącym przekonaniem o słuszności. Wydawało się, że trwało to całą wieczność, nim padły pierwsze słowa przerywające wszechobecną ciszę panującą w świętym przybytku.
- Choćby za oknem się paliło i waliło, macie tu siedzieć i na mnie czekać, jasne?
Na twarzy czarodziejki pojawił się pełen satysfakcji uśmiech.
- Jasne.

***

Zewsząd otaczała ją idealna ciemność. Czekała na jeden znak, jedno najdrobniejsze drgnięcie mocy, które pokaże jej właściwą drogę. A ponieważ była jedną z tych, dla których niemożliwe stało się możliwe, ta mała, malusieńka magiczna iskierka była wszystkim, czego potrzebowała, aby pozbyć się tej, która stanowiła zagrożenie dla celu będącego sensem jej istnienia. Ta cała Elsevien działała zbyt powoli, a tymczasem ona stawała się coraz silniejsza. Czasami w jej głowie jednak pojawiała się wątpliwość. Ta dziewczyna jeszcze nie stała się Strażniczką. Być może zdecydowała się pomóc Equeshan tylko ze względu na to, że nie znała Prawdy. A Serya od początku była przeciwna zabijaniu osób nie będących bezpośrednio związanych z Krainą Równowagi. Tylko ci, którzy z własnej woli żyli w tym cyrku fałszywej Równowagi zasługiwali na najwyższą karę. Z drugiej strony ta dziewczyna posiadała zbyt duży potencjał. Jej istnienie stanowiło zbyt wielkie zagrożenie dla sprawy, za którą postanowiła oddać życie. W tym punkcie rozmyślań wszelka niepewność opuszczała jej umysł. Nie miała innego wyjścia. Tak po prostu musiało być. Nie weszła na tę drogę z własnej woli. To Equeshan zrobili z niej pozbawionego skrupułów poszukiwacza zemsty. Dlatego przelana przez nią krew nie liczyła się do jej grzechów.
Delikatne drgnięcie mocy wytrąciło ją ze stanu głębokiej medytacji.
Jej cel został osiągnięty.


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#153 2014-06-23 14:06:02

 Lilly

Mazoku średniej klasy

Skąd: Trójmiasto
Zarejestrowany: 2011-06-19
Posty: 64
Punktów :   
WWW

Re: Rezonans

Noo, spodziewałam się, że znalezienie pierwszego punktu zaczepienia zajmie Zelgadisowi i Linie więcej czasu, a tutaj proszę - miła niespodzianka. Spodziewam się, że wartko popchniesz akcje do przodu, no chyba, że planujesz dla bohaterów jakiś martwy punkt? ;D Mam też przypuszczenia, że prawdziwa natura Równowagi ma coś wspólnego z tym punktem na rysunkach, na który Lina zwracała uwagę?
Wygląda na to, że za sprawą wyciągania Amelii spod klosza Philla i ona prędzej czy później stanie się poważniejszą postacią w Twoim opowiadaniu. Podoba mi się sposób w jaki delikatnie opisujesz jej przemianę i rosnącą determinację. Po tej przykrej sytuacji z Opiekunem Gwiazd prawdopodobnie będzie jeszcze bardziej zdeterminowana. Jestem wielkim fanem takich zabiegów i uwielbiam czytać o przemianach bohaterów. Reszta bohaterów również wypada świetnie, a Zelgadis jest po prostu wspaniały, aż miło się czyta jego dialogi.
Ach i cóż, w końcu i Xell zawitał na scenie. Ciekawe co też zrobił Linie... :> Jak zwykle to tajemnica. xD
Cieszę się, że dodałaś kolejny rozdział i jak zwykle czekam na kolejny.

Offline

 

#154 2014-06-25 11:18:15

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Bardzo się cieszę, że rozdział Ci się podobał. Zawsze mnie to trochę stresuje, czy zmiany i reakcje bohaterów zostaną uznane za wiarygodne, więc szalenie się cieszę też, że uznałaś ten zabieg za udany. Jako że przez 6 rozdziałów budowałam tak na dobrą sprawę świat i podstawowe relacje między bohaterami (a i tak lekko liznęłam Gourry'ego, a Sylphiel prawie wcale), dopiero teraz mogę się trochę poznęcać nad bohaterami. Zdradzę tylko tyle, że nad Amelką znęcać się będę chyba najbardziej, uchacha >. No i faktycznie z następnym rozdziałem, coś się wreszcie ruszy. Planowałam to w zasadzie na ten rozdział, ale ponieważ moi bohaterowie to straszne gaduły, to mi się wszystko rozrosło. A ponieważ tak mam, że jak już coś dokładnie zaplanuję, to nie mogę ustać, dopóki tego nie napiszę, więc rozdział 9-ty jest prawie skończony. Takiego napadu weny nie miałam dawno. Więc po kilku obróbkach do końca tygodnia rozdział będzie gotowy.  Z drugiej strony, na chwilę obecną Rezonans prawie dorównuje objętością W poszukiwaniu..., a ja nawet nie jestem w połowie historii... ^^'   

Cieszę się też bardzo, że podoba Ci się mój Zelgadis Jest on postacią, którą w tym wydaniu pisze mi się chyba najłatwiej, więc tym bardzie się cieszę, że jako wielka fanka Zela go akceptujesz ^^.


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#155 2014-06-25 13:55:44

 Lilly

Mazoku średniej klasy

Skąd: Trójmiasto
Zarejestrowany: 2011-06-19
Posty: 64
Punktów :   
WWW

Re: Rezonans

Akceptuje to mało powiedziane! Jak dla mnie to wypada świetnie i jest bardzo bliski oryginałowi, oczywiście z Twoim mały śladem zostawionym w nim. Hmm, biedna Amelia nie dość, że u mnie jest zawsze tą najbardziej poszkodowaną, to jeszcze u Ciebie ma być. xD Chociaż nie powiem, ciekawa jestem jak zmiany, które dla niej szykujesz wpłyną na jej osobowość.

Bardzo, bardzo cieszę się słysząc, że wena Ci dopisuje. Oby jak najdłużej! Najlepiej pisać ciągiem póki właśnie ma się ochotę, bo później te przestoje bywają okropne. Tak "W poszukiwaniu" rzeczywiście wypadało objętościowo podobnie, co dotychczasowy "Rezonans", ale w tej historii akcja rozwija się znacznie wolniej, co zdecydowanie jest zaletą. Zresztą pisałam Ci chyba, że co do "W poszukiwaniu" to moim zastrzeżeniem była właśnie zbyt szybko płynąca akcja. Przyjemniej się czyta kiedy relacje między bohaterami są po prostu głębiej zbudowane, bo poświęciło się na to więcej czasu.

Offline

 

#156 2014-06-26 23:03:08

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

No aż tak jak Ty Amelii chyba męczyć nie będę ( u Ciebie dziewczyna ma dopiero ciężkie życie), ale troszkę atrakcji dla niej przygotowałam Naprawdę bardzo mnie cieszy Twój odbiór tego Zelgadisa ^^

No, jak się taka dłuższa przerwa zrobi, to powrót do pisania nie jest łatwy. Za każdym razem czytam historię od początku, aby mieć pewność, że niczego nie pominęłam, więc taki czas ponownego wgryzania się w ten świat za każdym razem jest coraz dłuższy ^^'. Właśnie zarówno Ty, jak i Meitsa i kilka innych osób pisało mi, że w "W poszukiwaniu.." akcja leciała za szybko, z czym się zdecydowanie zgadzam i dlatego w Rezonansie staram się już nie popełniać tego błędu i daję sobie czas. Z drugiej strony na koniec "W poszukiwaniu..." miałam tak potwornego doła, że raczej cieszę się, że koniec tej historii jest dosyć daleki


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#157 2014-06-27 14:02:26

 Meitsa

Lord Mazoku

Skąd: Scotland/Poland
Zarejestrowany: 2011-05-24
Posty: 2281
Punktów :   
WWW

Re: Rezonans

Uf, chwila wolnego czasu i na deser mam nowy rozdział. Jak  miło, takie piątki lubię

Widać, że od początku twojej przygody z pisaniem warsztat masz dopracowany do tego stopnia, że nie mam już czego się czepiać, a jedynie analizuję historię i snuję domysły (ok, znalazłam jeden błąd ortograficzny z "wierzą"!)

Chyba najbardziej spodobał mi się tyci dialog między Liną, a Amelią gdy ta druga przyszła o poradę w sprawie koszmarów. Po prostu optymizm Liny i jej słowa tak do mnie przemówiły, że człowiek nabiera wiary w siebie (mówiłam, że jestem osobą skłonną do depresji? ^^)

Próbowałam sobie wyobrazić Cieleth i to miejsce musi być naprawdę niezwykłe, ale pewnie i tak nie potrafię sobie tego wyobrazić jak ty masz w głowie. Jedyne co mi przychodzi na myśl to mieszanka mocy wygląda jak zorza polarna

O co może chodzić Rezo? Burza mocy dała mi do myślenia. A gdyby tak wszystkie moce, nurty i wymiary skupić do jednego miejsca? Implozja? Samoistna równowaga, nad którą nie trzeba sprawować kontroli? Wszyscy są jednym? No nie wiem, wciąż mam za mało danych

Lina, Zel i Ame, fajne trio. Będziemy mogli zobaczyć jak rozwijają się ich wzajemne relacje.  Swoją drogą Amelia naprawdę jest ofiarą losu, bo Lilly już jej dokopała, ty zaraz jej dołożysz, a ja ją dobiję na amen


Nadworny zboczeniec forumowy <3

Offline

 

#158 2014-06-28 04:29:30

 Lilly

Mazoku średniej klasy

Skąd: Trójmiasto
Zarejestrowany: 2011-06-19
Posty: 64
Punktów :   
WWW

Re: Rezonans

Oooo tak, zdecydowanie czytanie całości wciąż na nowo, tylko po to żeby przypomnieć sobie wcześniejsze fakty jest najgorszym etapem 'pisania'. xD Mam wrażenie, że jest to kwestia organizacji. Musi być to kwestia organizacji, zapisywania faktów, tworzenia choćby rysunków, planów, bo w przeciwnym razie nie wyobrażam sobie pracy autorów wielotomowych powieści. xD

Zapalmy światełko za Amelię... [*] xD Chyba trzeba będzie znaleźć innego kozła ofiarnego. Hmmm... Gourry? ;D

Offline

 

#159 2014-06-30 01:16:51

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Meitsa, ojej, ale mnie złapałaś z tą "wierzą"! Wstyd mi! ;p To błąd rodem z podstawówki,  zaraz się poprawiam... ^^ Bardzo się cieszę, że kwestia Liny w sprawie koszmarów tak do ciebie przemówiła, na początku myślałam w ogóle że to jeden ze słabszych kawałków całego rozdziału...

Mój opis Cieleth był chyba dosyć krótki, ale zorza polarna to doskonałe określenie krążących po tym mieście nurtów mocy... Właśnie tak to wygląda w moich wyobrażeniach

Jestem też pod wrażeniem Twoich teorii, zwłaszcza, że jak sama wspomniałaś, póki co dałam dosyć niewiele informacji w tym temacie. W sumie nie mogę ani potwierdzić ani zaprzeczyć, aby niczego większego nie zdradzić

Lilly, też mi się wydaje, że sprawne powracanie do wdrażania się we własną historię to kwestia organizacji Ja osobiście jednak wciąż nie opracowałam systemu idealnego. Zawsze na początku historii notuję sobie najważniejsze założenia, a przed napisaniem kolejnego rozdziału
najważniejsze wydarzenia albo co chciałabym przekazać w danym rozdziale, ale nic mi nie zastąpi przeczytania całej historii aby ponownie wbić się w klimat mojego opowiadania, więc jeszcze muszę nad tym popracować ^^

To Amelka ma równo przechlapane ;p ( Ciekawa jestem, jak Ty jej dokopiesz, Meitsa ;p )  A jak wykończymy już Amelię, to faktycznie trzeba się przerzucić na kogoś innego ;p U mnie następna jest Filia w kolejce ^^

No i tak swoją drogą, jak obiecałam kilka postów wyżej, wrzucam dziewiąty rozdział

Rozdział 9
Na granicy

Pamiętaj, kochanie, Shyllien bez względu na sytuację musi umieć zachować wewnętrzną równowagę. Bez spokoju w twoim wnętrzu, nie będziesz w stanie przywrócić Równowagi, a w takim wypadku ucierpi Rejon Varney, co może sprowadzić nieszczęście na całe Eques.
Amelia wzięła kolejny głęboki wdech. Spokojne wibracje wodnego kręgu pomagały jej opanować rozpacz, która całkowicie opanowała jej duszę. Ból i strach, jakie odczuła w tamtym echu magicznym, były tak intensywne, tak rzeczywiste… Ale nie mogła sobie pozwolić na kolejną chwilę słabości. Któregoś dnia miała zostać Filarem całego Rejonu Varney. Obiecała sobie, że zrobi wszystko, aby stać się silna. Tak silna jak panna Lina. Chciała być prawdziwym wsparciem dla pana Zelgadisa. A żeby to osiągnąć musiała jak najszybciej odzyskać wewnętrzną równowagę.

Jednak im bardziej starała się wyciszyć swoje emocje, tym bardziej jej umysł wypełniał się obrazami wspomnień, o których ze wszystkich sił próbowała zapomnieć. Ponad dziesięć lat temu po raz pierwszy odczytała ślad emocjonalny towarzyszący korzystaniu z magii. Gdy  tamtego wieczoru otworzyła drzwi do sypialni rodziców, natychmiast ogarnęła ją cała mieszanina uczuć. Lęk. Smutek. I wszechogarniające ciepło matczynej miłości. Na samym początku jej sześcioletni umysł nie był w stanie tego pojąć. Dlaczego mama jest taka blada? Dlaczego się nie rusza? Dlaczego się nie uśmiecha? Dlaczego zupełnie nagle jej własna głowa wypełniła się tyloma rzeczami?       

Dopiero później, pewnego wieczoru, gdy tata, tuląc ją z całych sił, wyjaśnił jej drżącym głosem, że te dziwne rzeczy, które wypełniły jej umysł, to były ostatnie uczucia mamy. Że mama bała się ich opuszczać. Że było jej z tego powodu bardzo, bardzo smutno. Ale jednocześnie bardzo kochała swoją Amelkę.

To zapewnienie i oddana miłość ojcowska pozwoliły Amelii z uśmiechem iść naprzód tą niełatwą ścieżką zwaną życiem. Postanowiła dołożyć wszelkich starań, aby stać się doskonałą Shyllien i pomóc ukochanemu rodzicielowi w tej cudownej misji, jaką było pilnowanie sprawiedliwości w Krainie Równowagi. Zdarzały się jednak chwile, kiedy ogarniały ją wątpliwości. Kolejne zaklęcia się jej plątały, nie potrafiła perfekcyjnie opanować następnej lekcji… Czy odpowiednia kandydatka na następczynię Filara mogła mieć problemy z tak błahymi rzeczami? Zwykle starała się odpędzać od siebie te myśli. Miała jeszcze bardzo dużo czasu na naukę. Minie jeszcze wiele, wiele lat, nim będzie zmuszona objąć to ważne stanowisko. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Powinna się cieszyć każdą chwilą, jaką mogła spędzić z tatą. W końcu nigdy nie było wiadomo, kiedy beztroskie spotkanie przy śniadaniu okazywało się być tym ostatnim…
Przez całe lata z powodzeniem udawało jej się odsuwać od siebie najmniej przyjemne fragmenty wspomnień z dnia, kiedy jej mama odeszła. Gdy robiło jej się smutno, przywoływała to wszechogarniające ciepło bezwarunkowej miłości, jakie wypełniło jej duszę tamtego wieczoru. Dopiero widok krwi Sylphiel sprzed miesiąca sprawił, że zaczął ją nawiedzać w snach widok bezwładnego ciała matki o pustym spojrzeniu. A odczytanie echa magicznego w Cieleth spowodowało, że zalały ją również emocje towarzyszące jej rodzicielce w jej ostatnich chwilach.

Lęki odczuwane przez dwie różne istoty zlały się w jeden wielki cień, który szczelnie otulił jej serce.

Nie wiedzieć kiedy, wspomagające działanie Laez ustało. Jej ciało przeszedł bolesny wstrząs. Traciła równowagę. Jak tak dalej pójdzie, jej wewnętrzny nurt…

Ogarniający ją strach przyjmował coraz ciemniejsza barwę.

Czy czegoś takiego nie czuła już wcześniej?

Dopiero teraz to dostrzegła. Kolor rozpaczy jej mamy miał identycznie mroczny odcień. Mama umarła, bo nie mogła znieść żalu i bólu, które wypełniły jej serce, w rezultacie czego jej wewnętrzny nurt… został rozbity…

A gdy wewnętrzny nurt zostanie rozbity, magia zaklęta w ciele śmiertelnika nie może swobodnie krążyć,  przez co naczynie więżące moc… pęka. 

Czy ją czekał taki sam koniec?

Nie chciała tego. Nie mogła zostawić taty. Za bardzo go kochała, aby go skazywać na całkowitą samotność. To by było zbyt okrutne. Nic nie
jest tak okrutne jak samotność...

Nie mogła na to pozwolić. Nie mogła się teraz poddać. Musiała znaleźć coś, co pozwoli jej odzyskać równowagę. Pojedynczy punkt, którego mogłaby się złapać.

I właśnie wtedy to dostrzegła. Potężny ogień o destrukcyjnej sile i o jasnym, ciepłym blasku.

Bez wahania chwyciła się tego nurtu i w jednej chwili ponownie odczuła działanie wodnego kręgu Ceiphieda. Stopniowo cień rozpaczy oplatający jej serce zaczął ustępować. Słodkie poczucie bezpieczeństwa rozlało się po całym jej ciele. A wraz z odzyskaniem wewnętrznej równowagi wróciła również świadomość.

- Amelio! – Do jej uszu doszedł zmartwiony głos czarodziejki.
Kiedy otworzyła oczy, ujrzała, że Lina klęczała tuż przed nią, kurczowo trzymając ją za ramiona. 
- Wszystko w porządku? – spytała rudowłosa, mierząc ją wzrokiem wypełnionym troską i zdenerwowaniem.
- Już tak – odparła Amelia. Chociaż jej głos wciąż był słaby, na jej twarzy pojawił się uśmiech.
W czerwonych tęczówkach pojawiła się ewidentna ulga, jednak dosłownie chwilę później zastąpił ją błysk irytacji. Nie minęła sekunda, nim Lina wstała i walnęła młodszą dziewczynę w głowę. Następczyni Shyllien wydała z siebie jęk bólu i zaskoczenia.
- Aua! Panno  Lino, za co to? – spytała z pretensją, masując obolałe miejsce.
- To za to, że mnie zdrowo nastraszyłaś. Nie rób już tego więcej – odpowiedziała bez cienia skruchy czarodziejka.   
- Dobrze – obiecała zaskoczona, po czym lekko się uśmiechnęła i dodała. – Dziękuję, panno Lino. 
- Niby za co? – Jej rozmówczyni spojrzała na nią groźnie. – Lubisz, jak się ludzie o ciebie martwią?
Amelia przełknęła nerwowo ślinę.
- Nie! Nie o to mi chodzi! – zaprzeczyła szybko. – Twój nurt… Pomógł mi odzyskać wewnętrzną równowagę…
Lina przez moment obserwowała ją z zaskoczeniem na twarzy, lecz po krótkiej chwili w jej oczach pojawiło się zrozumienie.
- Jak chwyciłam cię za ramiona, zyskałaś dostęp do mojego wewnętrznego nurtu, tak?
- Tak. Dlatego Strażnicy zwykle unikają kontaktu fizycznego, jeżeli nie znają kogoś lepiej. Ich moc jest zbyt zespolona z ich duszą, przez co prosty kontakt fizyczny może pozwolić na krótki kontakt z wewnętrznym nurtem. Jest to za mało, aby zrobić komuś krzywdę, ale ludzie bardzo różnie reagują na swoje nurty. W moim przypadku ten krótki kontakt z twoim nurtem był dla mnie punktem zaczepienia…
- Wobec tego wciąż nie widzę, za co miałabyś mi dziękować. Odzyskałaś równowagę własnymi siłami, Amelio. Nie poddałaś się, tylko chwytałaś się wszystkiego, co mogło ci pomóc. To twoja zasługa – odparła stanowczo Lina, po czym odeszła parę kroków, rozglądając się po olbrzymim terenie świątyni Ceiphieda. – Mamy jeszcze trochę czasu, zanim Zelgadis wróci, może trochę pozwiedzamy to miejsce? – zaproponowała i nie czekając na odpowiedź, ruszyła naprzód.
Ciemnowłosa dziewczyna na moment zamarła w miejscu. Jej wnętrze wypełniło tak cudowne ciepło, że jedynie ostatkiem sił powstrzymała cisnące się do oczu łzy.
- Dziękuję, panno Lino – dodała szeptem, a następnie podniosła się z wodnego kręgu i pobiegła w stronę towarzyszki.

***

Gdy półtora miesiąca temu złapał jednego z Ruelzhan, za pomocą niezwykle subtelnej manipulacji energią był w stanie wykorzystać więź uzyskaną za pomocą Rezonansu i odebrać sygnał zwrotny od jego partnera, który właśnie wyruszył w celu przechwycenia Ayneres w Atlas. Następnie użył ziemnego zaklęcia, aby wprowadzić swoją cenną zdobycz w lekki sen. Musiał się zdecydować na takie posunięcie, gdyż magowie złączeni Rezonansem byli wybitnie wyczuleni na to, co się działo z ich towarzyszem i mógłby w ten sposób stracić przewagę w postaci elementu zaskoczenia. Jak się okazało, nie wystarczyło to, aby zatrzymać przeciwnika Równowagi na długo, jednak pozwoliło to Zelgadisowi na odkrycie jednej rzeczy, do której w tamtym czasie nie przykładał zbyt wielkiej wagi. Wewnętrzny nurt tamtego mężczyzny był uszkodzony.
W pierwszej chwili przyjął, że ów Ruelzhan musiał wcześniej stoczyć jakąś wyczerpującą walkę. Nie miał zresztą powodów, aby szukać bardziej złożonego wytłumaczenia dla tego pozornie błahego spostrzeżenia. Jednak gdy zyskał informację, że dwójka polująca na Ayneres znalazła się tego sierpniowego wieczoru właśnie w Cieleth, w jego umyśle narodziła się nowa teoria.
Do uszkodzeń wewnętrznego nurtu mogło też dojść, gdy nieodpowiednio przygotowany mag znajdzie się na terenie o ogromnym stężeniu potężnej mocy. Na przykład takim jak Barahesi…
Ruelzhan zawsze wykonywali dokładnie tyle ruchów, ile było potrzebnych do zrealizowania ich planów. Nigdy nie pozwalali sobie na żadne zbędne posunięcia, gdyż tylko zwiększałoby to prawdopodobieństwo niepowodzenia. Opiekunowie Gwiazd należeli do niezwykle rzadko spotykanych ludzi, jednak nie oznaczało to, że ten zamieszkujący Cieleth był jedyną osobą, do której mogli się zwrócić z „prośbą” o pomoc w znalezieniu Ayneres. W takim wypadku nasuwało mu się tylko jedno wyjaśnienie całej sytuacji. Para przeciwników Równowagi miała coś do załatwienia w okolicach Barahesi, a dopiero potem wyruszyła na spotkanie z Hoshigari w bliskim sąsiedztwie, oszczędzając czas i energię na wyczerpującą teleportację międzywymiarową.         
Według jego wiedzy Barahesi należały do miejsc niezwykle rzadko uczęszczanych przez zwyczajnych Strażników. Wszelkie próby ingerencji w miejsca nakładania się wymiarów najczęściej kończyły się śmiercią eksperymentatorów. Jednak zgodnie z najnowszą dewizą Liny, że „nie ma rzeczy niemożliwych”, postanowił dogłębnie sprawdzić najbardziej niebezpieczną okolicę Cieleth.

***

Lina musiała przyznać, że o ile Cieleth wraz z przepełnionym przeuroczą paletą mocy Barahesi w tle zrobiło na niej niesamowite wrażenie, to po czymś o tak wzniosłej nazwie jak świątynia Ceiphieda spodziewała się czegoś więcej niż nieskończonej ilość wodnych kręgów wspomagających proces przywracania wewnętrznej równowagi. Niewątpliwie pełniła ona niezwykle ważną i praktyczną rolę, jednak dla początkujących entuzjastów arkanów magii stanowiła dosyć marną rozrywkę. Jednak bez względu na wszystko krótki spacer, nawet po tej mniej interesującej części magicznego miasta, skutecznie pomagał rudowłosej w rozładowaniu stresu, jakiego się najadła w czasie dziwnego napadu Amelii. Nigdy by nie przypuszczała, że tak szybko będzie świadkiem, jak ktoś omal nie rozbił swojego wewnętrznego nurtu.
Po tym przeżyciu Amelia, jak można się było zresztą spodziewać, była wyciszona i wyczerpana psychicznie. Dlatego też czarodziejka z lekkim zdziwieniem zobaczyła, że nagle w granatowych oczach pojawiło się podekscytowanie.
- Panno Lino, tutaj narodził się nowy nurt!
Eques było jak ocean, w którym spotykały się i nakładały się na siebie najprzeróżniejsze prądy mocy. Czarodziejka co prawda nie przebywała długo w Krainie Równowagi i o ile jej dotychczasowa nauka polegała na uczeniu się rozumienia otaczających ją strumieni energetycznych,  dotychczas ani razu nie usłyszała o zjawisku narodzin nowych nurtów. 
- To niesamowite! Nawet nie wiesz, jak rzadko się to zdarza! Nawet tata mi mówiłi, że tylko dwa razy w życiu doświadczył tego uczucia! Oj, malutki, jesteś trochę zbyt gwałtowny jak na świątynię Ceiphieda, co prawda tutaj wszelkie nurty po pewnym czasie same się podporządkują aurze Cieleth, ale skoro już tu jestem…
- Amelio, nie! – Ostrzeżenie wyrwało się z jej ust dosłownie o ułamek sekundy za późno. Ciemnowłosa zgodnie z instynktem Shyllien już zaczęła otulać nowo narodzony nurt własną energią, aby go wyciszyć i dostroić do otoczenia. Jednak gdy rozpoczęła manipulację mocą, okazało się, że nie mogła się z tego wyzwolić.         
Lina instynktownie złapała młodszą dziewczynę za rękę, a chwilę później poczuła znajome szarpnięcie towarzyszące teleportacji. 

***

Wszędzie wokół szalały wiry mocy o tak ogromnym natężeniu, że jedynie najpotężniejsi Strażnicy byliby w stanie opuścić to miejsce o zdrowych zmysłach. A jednak gdyby teraz obok niego stanął nawet najsłabszy śmiertelnik, nie odniósłby on żadnego uszczerbku. Rozwiązanie tego paradoksu było niezwykle proste. Oko cyklonu. Oaza spokoju pośród śmiercionośnego chaosu. Nawet najmniejszy błąd przy próbie dotarcia do tego punktu można było przypłacić życiem, albo uszkodzeniem wewnętrznego nurtu jak się miało więcej szczęścia niż rozumu, lecz gdy ów wyprawa się powiodła, można było zyskać czysto teoretyczną możliwość ingerencji w nieokiełznaną burzę nurtów Barahesi.
Jego wzrok padł na zawieszony w powietrzu jarzący się jasnym światłem symbol spirali rozpoczynającej się grubym punktem o barwie głębokiej czerni.
Lina chyba się ucieszy…

***

Już kiedy otwierała oczy, wiedziała, że coś jest nie w porządku. Nie miała na myśli, że została wbrew swojej woli przeniesiona w inne miejsce. Wiedziała, że właśnie w wyjątkowo głupi sposób wpadła w pułapkę wroga i że może się spodziewać w zasadzie najgorszego. Jednak jej prawdziwym źródłem niepokoju był fakt, że po raz pierwszy od ponad półtora miesiąca nie czuła nawet najmniejszego z nurtów Eques. 
- Stąd nie ma ucieczki. – Nagle odezwał się dziewczęcy alt, potwierdzając jej obawy. – To jest mój numer popisowy. Moja pustynia energetyczna pozbawia moją ofiarę kontaktu z Eques. Więc nici z teleportacji czy też wezwania jakiejkolwiek pomocy.   
Lina uważnie rozejrzała się dookoła, dokładnie badając swoje otoczenie. Skaliste podłoże, kamienne ściany widoczne w świetle drobnych kuleczek światła. Najwidoczniej jej przeciwniczka zamknęła w swojej barierze fragment jaskini, po czym połączyła go za pomocą nowo narodzonego nurtu ze świątynią Ceiphieda. Mimowolnie rudowłosa musiała przyznać, że była pod wrażeniem uzdolnień magicznych wroga pod postacią małej dziewczynki o długich, czarnych włosach rezonujących z jej ciemnymi oczami wypełnionymi tak zimną nienawiścią, o jaką nigdy by nie podejrzewała góra dwunastoletniego dziecka.
- Skąd się wziął ten nurt? – spytała zszokowana Amelia. – Przecież żaden nurt w świątyni Ceiphieda nie podda się obcym wpływom.
Mała Ruelzhan stojąca kilka metrów przed nimi odpowiedziała jej szyderczym śmiechem.
- Pan Rezo naprawdę ma rację. Jeżeli mały filarek ma tak wąskie horyzonty, faktycznie nie mamy się czego obawiać. Może jednak nie powinnam się trudzić osobiście, aby zabić tę panienkę, która gwizdnęła nam Ayneres.
- To ty stworzyłaś ten nurt, prawda? – Nagle rozległ się głos Liny.   
Dziewczynka natychmiast przestała się śmiać i wbiła swoje ciemne oczy w rudowłosą.
- Panno Lino, to niemożliwe, nikt nie może stworzyć nurtu, to rzadko spotykany, złożony proces… – zaczęła Amelia.
- A może jednak nie szkoda mojego czasu, gdyż jak widać uczennica Szarego Wilka potrafi jednak myśleć w przeciwieństwie do małego filarka.
- To dlatego nikt nie może odkryć najmniejszych śladów waszej działalności. Tworzycie nurty, które są posłuszne waszej woli, a które spokojnie mogą się ukryć w morzu naturalnych nurtów Eques – kontynuowała Lina. – Tak jak w Cieleth… Pytanie tylko, jak zyskaliście taką zdolność? Jak ty zyskałaś taką zdolność? 
Mała przeciwniczka Równowagi parsknęła gniewnie.
- I tak zaraz zginiesz, więc nic ci do tego.
- Ale dlaczego? – wtrąciła Amelia. – Dlaczego musicie zabijać? 
Zanim obie dziewczyny zdołały zareagować, Ruelzhan, która chociaż ledwo dorównywała wzrostem użytkowniczce białej magii, z zadziwiającą prędkością pojawiła się tuż przed nią i uniosła Amelię, trzymając ją jedną ręką za gardło.
- Chociaż tę pułapkę zastawiłam na panienkę od Ayneres, to ciebie mam ochotę zabić jako pierwszą. – W jej głosie pobrzmiewała czysta nienawiść. – Dlaczego musimy zabijać, się pytasz? A może ja się powinnam spytać, dlaczego Strażnicy zabili moich rodziców?! Chociaż nawet nie musisz odpowiadać na to pytanie, bo ja znam odpowiedź. Bo muszą chronić swojej pieprzonej, fałszywej Równowagi! Muszą chronić kłamstwo, w którym żyją tak wygodnie od tylu tysięcy lat! – Jej chwyt zaczął się wzmacniać, w rezultacie czego użytkowniczka białej magii zaczęła się dusić. – Dla przeklętych Equeshan nie powinnam istnieć, więc czemu ja mam tolerować ich istnienie?
Pochłonięta swoim monologiem Ruelzhan trochę za późno odwróciła głowę, aby dostrzec ścianę żywego ognia, która z ogromną prędkością mknęła w jej stronę. Natychmiast puściła bladą jak kreda Amelię i wyciągnęła przed siebie dłoń.  Ku jej zaskoczeniu tuż obok pojawiła się Lina, która w okamgnieniu chwyciła przyszłą Shyllien i ponownie zniknęła, materializując się sekundę później na drugim końcu jaskini. 
Przeciwniczka Równowagi lekko się skrzywiła, gdy jej ręka zetknęła się z wrogim zaklęciem, lecz chwilę później po płomiennym ataku nie został nawet ślad.
- A może mi wytłumaczysz, dlaczego Strażnicy zabili twoich rodziców? – odezwała się rudowłosa, kątem oka obserwując łapczywie łapiącą oddech Amelię. – Ja nie jestem Strażniczką, nie wychowywałam się w Eques, więc nawet nie znam powodu, dla którego chcesz mnie zabić.
- Po tym, co właśnie zobaczyłam, trochę trudno mi w to uwierzyć. Od kiedy to nowicjuszki potrafią z taką łatwością utkać sieć teleportacyjną?
Lina zaklęła w duchu. Poświeciła całą swoją zdolność koncentracji i manipulacji, aby po całej jaskini rozwiesić drobne nicie energetyczne swojej mocy, które miały jej umożliwić teleportację w obrębie tej niewielkiej przestrzeni, a i tak ledwo zdążyła. Ledwo. A tamtej wydawało się, że to wszystko sprawiło jej niewiadomo jaką łatwość.
- I tak mój Flare Wall, nie zrobił na tobie najmniejszego wrażenia, więc chyba nie poczułaś się zagrożona? – spytała tonem lekko podszytym ironią. – Jak sama powiedziałaś, stąd nie ma ucieczki. Jesteśmy na twojej łasce, więc czemu nie mogłabyś poświęcić chwili, aby mi wytłumaczyć, dlaczego mam zginąć? Dlaczego Strażnicy zabili twoich rodziców?
Na twarzy dziewczynki pojawiło się wahanie. Niech ta mała połknie haczyk…
- Moi rodzice bardzo się kochali, jednak nie wolno było im się związać, ponieważ owoc ich miłości mógłby urodzić się z niebezpieczną mocą zagrażającą Równowadze. 
Jeszcze trochę…
- W sumie mieli rację. Moja moc zaprzecza wszelkim prawidłom Eques. Jednak to oni sprawili, że moja moc została skierowana przeciwko nim i faktycznie sprowadzi Krainę Równowagi na drogę zagłady. – Ruelzhan uniosła dłoń w kierunku Liny.
Jeszcze jedna nić energetyczna…
- Ty natomiast jesteś zagrożeniem dla planu Czerwonego Kapłana. – Na końcu jej palca pojawiła się drobna kulka energii o ogromnym natężeniu mocy. – Przykro mi, osób nie związanych ze Strażnikami nigdy nie chciałam zabijać, ale poświęciłam swoje życie zemście i nie mogę ci pozwolić stanąć mi na drodze.
Jeszcze odrobinę...
- Żegnaj.
W jednej chwili w niewielkiej jaskini zrobiło się gęsto od ścierającej się energii. Na środku powstał słup płomieni otoczonych jasną, zieloną poświatą. Wrogi pocisk niemalże natychmiast po kontakcie z ognistą barierą uległ rozproszeniu.
Oczy małej Ruelzhan otworzyły się szeroko ze zdziwienia.
- Jak to? Jak ty… - Jej głos zamarł, gdy tuż przed rudowłosą zmaterializował się mężczyzna odziany w długi szary płaszcz i obdarzył ją bezlitosnym szafirowym spojrzeniem.     
- Lina, już wystarczy. Teraz ja się nią zajmę – oznajmił lodowatym głosem.
Przeciwniczka Równowagi natychmiast zbladła i cofnęła się o kilka kroków.
- Nie… – Jej twarz wyrażała czyste przerażenie.
Nagle błysnęło światło i obok dziewczynki zmaterializowała się nowa postać.
- Serya! – Z oślepiającej łuny dało się usłyszeć wysoki dziewczęcy głos, jednak w żaden sposób nie dało się zobaczyć sylwetki nowo przybyłej, która wyciągnęła rękę w stronę towarzyszki.   
Dwie niewielkie dłonie się zacisnęły.
Wszelkie krzyki, które rozległy się ułamek sekundy później, utonęły przy ogłuszającej eksplozji surowej energii.

***

Kiedy podnosiła się do pozycji półleżącej, poczuła, że boli ją dosłownie wszystko. Rozejrzała się po zimnym pomieszczeniu, w którym się znajdywała. Nieprzyjemne, wilgotne powietrze. Chłodne mury. Kratka w oknie. No tak. To nic dziwnego, że po takiej akcji, na dodatek zakończonej całkowitą katastrofą, trafiła do lochu Ruelzhan, miejsca dla osób podejrzewanych o zdradę przeciwników fałszywej Równowagi.
- Tym razem przesadziłaś, Seruś. – Do jej uszu doszedł głos Freny. Tym razem nie mogła się doszukać nawet krztyny jej zwyczajowego dokuczliwego tonu. Jej siostra była wściekła. Serya nawet nie usiłowała udawać, że nie rozumiała powodu tego stanu.   
- Wiem. – Uniosła wzrok i spojrzała na sylwetkę ostatniego członka swojej rodziny, który stał za żelaznymi karatami blokującymi użycie wszelkiej magii. – Czy zapadł już wyrok?
W żółtawych oczach Freny nawet nie pojawił się cień uśmiechu, kiedy wypowiadała kolejne słowa, opierając się o kraty otaczające celę jej siostry.
- Owszem. Wiadomość o twoich poczynaniach doszła do samego pana Rezo. Od teraz będziesz przebywać pod stałym nadzorem, ale nie zostaniesz w żaden poważniejszy sposób ukarana.
W spojrzeniu Seryi pojawiło się powątpiewanie. Ruelzhan nie wybaczali nawet najmniejszych błędów. Nigdy.   
- Ale… dlaczego?
- Bo miałaś więcej szczęścia niż rozumu i przypadkiem zdobyłaś informacje, które Czerwony Kapłan uznał za cenne.
- Co na przykład?
- Na przykład, że zaklęcie tej od Ayneres zostało wzmocnione mocą Szarego Wilka. 
- I co w tym niezwykłego?
- A to, że przy tak potężnej ziemnej mocy, każde dodatkowe zaklęcie zostałoby w pełni unicestwione. Jego moc, nawet w niewielkiej ilości, jak to miało miejsce w tym przypadku, nie nakłada się na inne zaklęcia, tylko sprawia, że dochodzi do ich całkowitego rozproszenia. A ono wzmocniło ten filar ognia... To wciąż świadczy tylko o powinowactwie, ale pani Elsevien powiedziała, że nie zna przypadku, aby jakakolwiek magia miała powinowactwo do żywiołu ziemi Szarego Wilka. To niezbity dowód na to, że ta para naprawdę może uzyskać Rezonans.
- I to było informacja, którą Czerwony Kapłan uznał za interesującą? Przecież to tylko potwierdza nasze najgorsze obawy! – zdziwiła się Serya.
Frena przeczesała palcami swoje krótkie blond włosy, po czym założyła ręce na piersiach.
- Kluczem jest to, że ta dziewczyna, tak przynajmniej wynika z twojej opowieści, chciała znać powód naszego postępowania. Nie zachowywała się jak typowy zakuty łeb, jakich mnóstwo w szeregach Strażników.   
- I?
- Pan Rezo zmienił rozkazy dotyczące tej dziewczyny. Mamy sprowadzić ją żywą i postawić przed oblicze Czerwonego Kapłana.   
Młodsza z sióstr na moment zaniemówiła. Od początku swojej przygody z Ruelzhan nie słyszała, aby miał miejsce podobny precedens.
- Chciałby spróbować… przeciągnąć ją na naszą stronę?
- Tak mi się wydaje – odparła ze wzruszeniem ramion jej rozmówczyni. – Swoją drogą, czytałam raport, ale powiedz mi jeszcze raz, jak tej dziewczynie udało się przebić przez twoją pustynię energetyczną? Tyle razy to robiłaś, i nigdy taka sytuacja nie miała miejsca.
Serya podciągnęła kolana do siebie i objęła je ramionami.
- Nie doceniłam jej. Myślałam, że załatwię to błyskawicznie i nie usunęłam całkowicie nurtu łączącego świątynię Ceiphieda z moim wymiarem. – Z każdym słowem, w jej tonie pojawiało się coraz więcej irytacji. – Ale zostawiłam dosłownie może jedną nić energetyczną! A ta dziewczyna, odwracając moją uwagę, utkała sieć teleportacyjną, którą wykorzystała do przesłania swojej mocy tą jedną nitką energetyczną. W pewnym momencie tej energii pojawiło się na tyle, że powstał minimalny nurt, którym Szary Wilk, już czekający po drugiej stronie, wysłał swoją moc, aby wzmocnić zaklęcie tej dziewczyny i dosłownie moment później się tam teleportował… Resztę już znasz.     
Frena wzięła głęboki oddech, aby się uspokoić. 
- Naprawdę zachowałaś się jak ostatnia kretynka. Ale z drugiej strony takich rzeczy dokonuje osoba parająca się magią niecałe dwa miesiące?
- Ja również tego nie przewidziałam – odparła Serya tonem, w którym niedowierzanie mieszało się z niechętnym podziwem. – Ale czy ona w ogóle przeżyła tą eksplozję? Przecież w ułamku sekundy zniszczyłyśmy cały wymiar.
Starsza z sióstr uśmiechnęła się blado.
- Doświadczyłaś obecności Szarego Wilka. Wtedy miał dwa wybory: albo skończyć z nami albo ratować swoje towarzyszki. Jeżeli my wciąż żyjemy, to osoba o takiej mocy z pewnością mogła otulić swoją tarczą ochronną przynajmniej dwie osoby.
Ciemnowłosa przez chwilę w milczeniu trawiła usłyszane nowiny.
- Czyli w zasadzie nic się nie zmieniło. Szary Wilk i dziewczyna od Ayneres wciąż stanowią dla nas zagrożenie – podsumowała krótko.
- Nie, Serya. Może jeszcze tego nie widzisz, ale to wydarzenie wpłynie na wiele rzeczy – Ton Freny nagle stał się jeszcze chłodniejszy.
Zaskoczona Serya podniosła wzrok i po raz pierwszy od starcia z Szarym wilkiem spojrzała swojej siostrze prosto w oczy. W żółtych tęczówkach kryło się wiele rzeczy. Żal, strach, smutek oraz coś, czego młodsza Ruelzhan dotychczas nie widziała. Jakiś obcy pierwiastek, coś, czego nie potrafiła nazwać, ale co wzbudziło w niej silny niepokój.
- Frena?   
- Zostałam przypisana do pewnej misji z panem Gueshem – oznajmiła starsza z przeciwniczek Równowagi ponurym tonem.
- Rozumiem. To… kiedy wyruszamy?
- Nie my wyruszamy, tylko ja wyruszam. Ty zostaniesz tutaj.
Serya w jednej chwili zrobiła się blada jak kreda.
- Ale jak to? Przecież na poważniejsze misje nie wolno się ruszać bez kogoś z kimś osiągnęło się Rezonans! Więc o czym ty mówisz?!
- To był pomysł pana Guesha. Powiedział, że coś takiego może cię wiele nauczyć.
- Co ten pindrzący się staruch sobie myśli?! Zostając tutaj, jak ci się coś stanie, nawet tego nie wyczuję. Nie będę mogła ci pomóc…
- Tylko tyle miałam ci powiedzieć. A póki co trzymaj się, Seruś. – Starsza dziewczyna pomachała jej dłonią i ruszyła w stronę wyjścia z lochu. 
- Frena, zaczekaj! Frena! FRENA!!! 

***

- Nic wam nie jest? – Kiedy usłyszała głos Zelgadisa zdała sobie sprawę, że z powrotem znalazła się w dworku, w Sali Teleportacji.
- Mnie nic – odparła, jednocześnie szukając wzrokiem Amelii.
- Mnie również – dodała użytkowniczka białej magii, trzymając się za szyję. Uwadze Liny nie uszło, że pod dłońmi dziewczyny skrywały się zaczerwienienia. Jednak nie licząc ogólnego wyczerpania, wyglądała na całą i zdrową. Przynajmniej tak bardzo, jak pozwalały na to okoliczności.   
- Możecie mi w takim razie wytłumaczyć, jak do tego doszło? – Jego głos stał się nagle tak lodowaty, że obie dziewczyny mimowolnie przeszedł dreszcz.
- To… moja wina… – odezwała się bardzo cicho Amelia.
Zelgadis obdarzył ją tak wściekłym spojrzeniem, że ciemnowłosa instynktownie schowała się za Linę.
- A na czym dokładniej polega twoja wina? – spytał pozornie spokojnym tonem.
- W świątyni Ceiphieda… narodził się nowy nurt…
- Po czym jak ostatnia idiotka postanowiłaś, że musisz go wyciszyć i zupełnie ci do głowy nie przyszło, że narodzenie się nowego nurtu w świątyni Ceiphieda akurat w momencie waszej wizyty to absolutnie nie jest nic podejrzanego, tak? – przerwał jej ostro.
- Zel, daj jej spokój – wtrąciła Lina. – Nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stanie. Ta mała Ruelzhan sama stworzyła ten nurt i wysłała go do świątyni Ceiphieda. Spodziewałbyś się czegoś takiego? Jak chcesz szukać winnych, to równie dobrze możesz winić mnie, bo cię namówiłam, abyś nas zostawił.
Wyraz zaskoczenia w jednej chwili wyparł całą wściekłość widoczną na twarzy wojownika.
- Jesteś pewna? Ta mała sama stworzyła… nurt?
- Sama to potwierdziła. To wiele wyjaśnia w temacie ich działalności, której nie byliście w stanie wykryć, czyż nie? – odparła z entuzjazmem rudowłosa.
- Skoro już jesteście przy wyjaśnieniach, to możecie nam opowiedzieć, co wam się stało? – Nagłe rozległ się głos lekko poirytowanej Filii.

***

Jak tylko Sylphiel ujrzała Amelię, natychmiast kazała jej się udać do lecznicy i nie bacząc na sprzeciwy następczyni Filara, z niewielkim udziałem Gourry’ego zaprowadziła młodszą dziewczynę do swojego gabinetu. W tym samym czasie Filia usadowiła Linę i Zelgadisa w dwóch fotelach po obu stronach kominka w salonie i zmusiła do obszernej relacji z wyprawy do Cielenth. Na samym początku rozmowy Smoczyca była zdenerwowana. Przy ostatnich zdaniach tej opowieści z oczu kapłanki Ceiphieda wydobywały się gromy wściekłości.
- Wiedziałam, że tak to się skończy! Może następnym razem ktoś mnie posłucha, zanim zdecyduje się na taką wyprawę?! Teraz Ruelzhan dowiedzieli się o pannie Linie…
- Wiedzieli już wcześniej – przerwała jej zniecierpliwiona czarodziejka. – To ja byłam głównym celem tego ataku.
Filia w jednej chwili opanowała swój wybuch gniewu.
- Wiedzieli już wcześniej? Ale jak?
- To w tym wszystkim jest chyba najmniej istotne. Słyszałaś kiedyś o kimś, kto potrafi własnoręcznie stworzyć nurt i kierować nim zgodnie ze swoją wolą?
Oczy Smoczycy gwałtownie się rozszerzyły.
- Stworzyć nurt? Oni mają po swojej stronie kogoś, kto potrafi stworzyć własny nurt? – Oniemiała blondynka powoli usiadła na fotelu. – Ale jak? Nurty tworzy połączona moc Shabranigdo i Ceiphieda. Jak żyjąca osoba może dokonać czegoś takiego?
Lina przez moment nie odpowiadała, tylko wpatrywała się w radośnie tańczące w kominku płomienie.
- A czy możecie mi coś powiedzieć na temat mordowania rodziców małych dziewczynek, które ponoć nie powinny się narodzić, przez Strażników? – spytała, wciąż nie podnosząc wzroku na swoich rozmówców.
- O czym ty mówisz? – Wreszcie włączył się do rozmowy milczący od pewnego czasu Zelgadis.
- Ta mała powiedziała, że jej rodziców zamordowali Strażnicy. Że zrobili to, bo z ich związku mógłby powstać owoc mający moc mogącą zagrozić fałszywej Równowadze.
- Strażnicy nie mordują niewinnych istot! – obruszyła się Filia.
- Na pewno? A gdyby samo istnienie tych niewinnych istot zagrażało Równowadze?
Ryuzoku już chciała zabrać głos, jednak słowa, które chciała wypowiedzieć, zamarły jej na ustach. Przed oczami zamigotała jej sylwetka Valgaarva. Dobrze wiedziała, że najwyżej postawieni Strażnicy byli w stanie zrobić wszystko, aby zniszczyć wrogów Równowagi.
- Ja… Nie wiem, co mam na ten temat myśleć… Nigdy dotąd nie słyszałam o czymś takim. Jesteś pewna, że ta mała Ruelzhan mówiła prawdę? Albo może Rezo coś jej wmówił?
- Nie wydaje mi się – odparła Lina z całą stanowczością.
- Chcesz przez to powiedzieć, że uważasz teraz Strażników za zimnych morderców a Rezo za zbawcę niewinnych owieczek? – spytał niebezpiecznie spokojnie Zelgadis.
Czarodziejka obdarzyła go lekko poirytowanym spojrzeniem.
- Oczywiście, że nie. Nie wiem co myśli Rezo, ale zaczynam uważać, że przynajmniej część jego popleczników ma całkiem rozsądne powody, dla których nie znoszą Equeshan. Was zdążyłam już poznać i wiem, że nie jesteście zimnymi zabójcami, ale nie mogę tego powiedzieć o waszych przełożonych, nie mówiąc już o pozostałych członkach Przymierza Równowagi. Owszem, jesteście sobie tutaj wielcy i potężni w samotnej magicznej twierdzy, ale to jeszcze nie oznacza, że musicie wiedzieć o wszystkich sekretach Eques.
Na moment zapadła ciężka cisza przerywana jedynie trzaskaniem ognia w kominku.     
- Ej, nie róbcie takich min – dodała Lina, czując się nieswojo z tym milczeniem. – Nie twierdzę przecież, że Rezo z tym mordowaniem na lewo i prawo postępuje słusznie.
- Moc tworzenia nowych nurtów. Moc Shabranigdo i Ceiphieda. Zakazany związek – odezwał się nagle Zelgadis, ignorując wcześniejszą wypowiedź rudowłosej. – Czemu na to wcześniej nie wpadłem? – Mężczyzna wstał i zaczął chodzić po pokoju. – To temat tabu w Eques – Na dłuższą chwilę jego wzrok zatrzymał się na Filii. – Związek Smoka i Mazoku. Jego owocem byłaby istota mogąca czerpać moc zarówno od Shabranigdo jak i od Ceiphieda. Połączenie tych dwóch energii daje moc tworzenia zaklętą w śmiertelnym ciele. Taka istota mogłaby faktycznie zyskać moc dawania życia nowym nurtom i jednocześnie stałaby się potencjalnym zagrożeniem dla Równowagi. Jeżeli Przymierze Równowagi działa tak jak mówisz, zależałoby im, aby jak najmniej osób o tym usłyszało.     
- Związek Smoka i Mazoku? – spytała zaskoczona Lina. – Ale to przecież naturalni wrogowie, zmuszeni do pokojowej koegzystencji…
- To jest niemożliwe, Zelgadisie – odezwała się słabym głosem Ryuzoku. – Każdy Smok wie, że to jest zabronione.
- Ale każdy Smok ma serce, które czasami potrafi być głuche na głos rozsądku, czyż nie? – Nagle pokój wypełnił spokojny głos Sylphiel, która weszła do pokoju i zajęła wolne krzesło po stronie Liny. 
Pobladła Smoczyca na moment zaniemówiła, lecz chwilę później obdarzyła wszystkich zebranych poważnym spojrzeniem.
- Nawet jeśli to, co mówicie, jest prawdą – powiedziała bardzo wolno i wyraźnie. – Że zdarzają się związki Smoków i Demonów, w wyniku których… rodzi się dziecko. – Widać było, że każde wypowiadane słowo przychodziło jej z trudem. – Nie wyobrażam sobie, aby moja rasa przyłożyła rękę do tak nieludzkich morderstw. Wiem, że ustrój Eques nie jest idealny… Że zdarzają się sytuacje, kiedy nie można się uciec do żadnych półśrodków. – Przed jej oczami stanęła postać jej brata w plamach cudzej krwi. – Ale coś takiego… byłoby po prostu nieludzkie…
- O ile jestem przekonany, że Phil nawet nie miałby pojęcia o takim zdarzeniu, to jakoś nie mam tego samego problemu w przypadku Milgazii – skomentował Zelgadis.
- Nie waż się tak mówić o panu Milgazii! To, że się nie lubicie, jeszcze nie oznacza, że zezwalałby na coś takiego! – żachnęła się Filia. 
Mistrz ziemi zaśmiał się szyderczo.
- Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz. Pomijam fakt, że tylko z tego względu, że nie ma nade mną kontroli, chciał mnie wrzucić do Ruelzaar. Ale nie zapomniałaś chyba z jaką beztroską cię potraktował w czasie zastawiania pułapki na Valgaarva.
- Panie Zelgadisie…  – odezwała się ostrzegawczo Sylphiel.
- Więc czemu nie miałby na podobnej zasadzie przymykać oka na czystki przeprowadzane na przykład przez Mazoku? – kontynuował niewzruszony mag.
W oczach bladej jak kreda Filii zamigotały łzy wściekłości.
- Nawet jeśli ktoś popełnił jeden błąd, to wcale nie oznacza, że jest na wskroś zły. Mógłbyś się wreszcie wyleczyć z tej krótkowzroczności – odrzekła jadowicie.   
- Zamknijcie się obydwoje – warknęła Lina. – To są wciąż jedynie przypuszczenia. A jeżeli macie jakieś sprawy niezałatwione między sobą, zajmijcie się tym gdzie indziej. – Obdarzyła dwójkę Strażników mocno poirytowanym spojrzeniem. Gdy żadne z nich nie wykazało chęci kontynuowania tematu, zwróciła się do uzdrowicielki. – Sylphiel, a co z Amelią?
- Właśnie o tym chciałam z wami porozmawiać – odparła z powagą ciemnowłosa. – Póki co dałam jej naparu usypiającego. Nic jej się poważnego nie stało, ale jest wykończona zarówno psychicznie jak i fizycznie.  Zastanawia mnie tylko jeden szczegół… – Jej szmaragdowe oczy spotkały się z czerwonymi tęczówkami. – W czasie tego ataku, ta Ruelzhan złapała Amelię za gardło, zgadza się?
- Zgadza się – potwierdziła Lina.
- Lecząc te rany, znalazłam kawałek obcego naskórka, który przykuł moją uwagę. Przeprowadziłam więc kilka testów… Naprawdę powtarzałam je chyba z dziesięć razy i za każdym razem wychodzi mi to samo. Te komórki nie należą on ani do człowieka, ani do Smoka, ani do Demona…   
Na słowa Sylphiel wszyscy pogrążyli się w milczeniu.
- Póki co nikt z zewnątrz nie może się dowiedzieć o tym, co zostało wypowiedziane w tym pomieszczeniu – odezwała się po dłuższej chwili Filia. – Ja muszę to… przemyśleć…
- Jak najbardziej się z tym zgadzam – dodał Zelgadis. – Chciałem wspomnieć jeszce tylko o jednej rzeczy...
- Czyli jednak coś odkryłeś? – spytała z entuzjazmem Lina.
Kąciki ust mężczyzny lekko się uniosły.
- Pewnie się ucieszysz... W samym centrum Baharesi znalazłem pieczęć opatrzoną symbolem spirali rozpoczynającej się grubym ciemnym punktem po środku…   

***

- Pani. – Fioletowowłosy mężczyzna ukląkł na środku niewielkiego, lecz niezwykle wytwornego pomieszczenia. Wiszące na ścianach obrazy wypełniały kamienistą przestrzeń dziedzictwem kultury wielu wieków. Ciemne meble o misternie rzeźbionych ornamentach wzbudziłyby zazdrość największych z ludzkich monarchów. Gruby, czerwony dywan ze złoconymi zakończeniami prowadził do strojnej kobiety siedzącej w cieniu otaczających ją wspaniałości. 
- Czy zrobiłeś to, o co cię prosiłam? – spytała niskim, aksamitnym głosem.
- O tak. Poddałem Linę Inverse małemu… eksperymentowi. I muszę przyznać, że to naprawdę interesująca dziewczyna. Mówiąc krótko, pani przypuszczenia potwierdziły się w stu procentach – odparł z zadowoleniem, nieznacznie uchylając powieki.
- Doskonale. – W jej tonie pojawiła się satysfakcja. – W takim razie postępuj zgodnie z pierwotnym planem.
- Tak jest.


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#160 2014-06-30 14:53:37

 Meitsa

Lord Mazoku

Skąd: Scotland/Poland
Zarejestrowany: 2011-05-24
Posty: 2281
Punktów :   
WWW

Re: Rezonans

Super się czytało! Wszystko wyważone: długość dialogów, akcja czy bardzo plastyczne opisy. Pierwsze poważne starcie Liny uważam za najlepszy fragment. No i znowu Lina pokrzepiła mnie na duchu, nie tylko Amelię
A co do Ame to mam głupie wrażenie, że jej tacie jednak się zemrze i będzie filarem znacznie szybciej niż myśli ^^' I widzę już potencjał do dobicia Filii. Jak ona będzie miała dziecko z Xellem to kaplica! Chociaż nie do końca... To jest właśnie cel Xellosa, bo on wie o wszystkim i też chce mieć po swojej stronie istotę mogąca tworzyć nurty! Tylko po co?
Kolejna wskazówka: oko cyklonu. Jednak nie potrafię nic zrobić z tym puzzlem. W każdym razie coraz wyraźniej widać, że świat nie dzieli się na tych dobrych i złych, a na dwie prawdy, których ktoś broni.


Nadworny zboczeniec forumowy <3

Offline

 

#161 2014-07-01 10:39:37

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Bardzo się cieszę! Zwłaszcza, jeżeli Linie udało się pokrzepić nie tylko Amelię

Co do Amelii i Filii, ponownie jestem pod wrażeniem Twoich teorii, ale znów nie mogę nic potwierdzać ^^' Mogę tylko powiedzieć, że w dwóch najbliższych rozdziałach Filia wysunie się na przedni plan

Jestem też bardzo zadowolona z Twojej końcowej konkluzji. Właśnie taki efekt u czytelnika chciałam uzyskać


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#162 2014-07-01 17:11:32

 Meitsa

Lord Mazoku

Skąd: Scotland/Poland
Zarejestrowany: 2011-05-24
Posty: 2281
Punktów :   
WWW

Re: Rezonans

Haha, im wiecej piszesz w ten sposób tym bardziej potwierdzasz, ze moje teorie maja w sobie ziarno prawdy ^^

Już nie mogę sie doczekać wątku Filii


Nadworny zboczeniec forumowy <3

Offline

 

#163 2014-07-03 19:38:20

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Trudno zaprzeczyć... Z drugiej strony kto wie? Może w ten sposób wprowadzam Cię w błąd ;p

Wątek Filii będzie kolejnym dłuższym fragmentem, wiec ponownie muszę pomyśleć i wszystkie cegiełki sobie poukładać. No i muszę trochę odpocząć, bo w sumie dwa rozdziały napisałam w dwa tygodnie, poświęcając każdą wolną chwilę, póki miałam wenę, więc póki co czuję się trochę wydrenowana ^^'


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#164 2014-07-03 20:35:39

 Meitsa

Lord Mazoku

Skąd: Scotland/Poland
Zarejestrowany: 2011-05-24
Posty: 2281
Punktów :   
WWW

Re: Rezonans

No w takim razie czuje sie zobowiązana napisać do końca 4 rozdział Przeznaczenia, bo opublikowalam niecałe 7 stron, a 8 już mam i chce dojść do 15. Przynajmniej tutaj mam wszystko ułożone w głowie, tylko napisać.


Nadworny zboczeniec forumowy <3

Offline

 

#165 2015-06-22 22:25:03

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Uff... Wreszcie to to napisałam. Zaczęłam pisać ten rozdział w grudniu, a potem nastało życie i tyle wyszło z pisania ;p I chyba inauguruję wpisy na forum w roku 2015 Nie wiem, jak ten rozdział wyszedł, miałam w sumie roczną przerwę. Miał być pełen akcji, a wyszło mi tylko przygotowanie gruntu pod akcję, która zostaje przerzucona na później.

I jeszcze taki mały PS do wszystkich, co chociaż zerkną tutaj na chwilę. Jak tu zerkacie, to znaczy, że Slayersi wciąż gdzieś w Was tkwią, a skoro tak, to na pewno gdzieś nosicie w sobie historię, która chce być opowiedziana. Więc apeluję krótko, że tkwi we mnie tęsknota ze lekturą czegoś dobrego i nowego ze świata Slayersów, a tego mogą mi tylko dostarczyć członkowie tego forum, więc liczę na Was

Rozdział 10
Spiralne schody

Spirala. W wielu kulturach określana jako symbol wiecznego życia, niekończący się cykl destrukcji i ponownej syntezy wszechświata. Metafora dążenia do intuicyjnego wyczuwania zależności pomiędzy świadomością i uśpionymi pragnieniami duszy. Pojmowania istoty jednostki pośród całości, nierozerwalności światła od mroku.
Jej centrum to miejsce, gdzie niebiosa i ziemia łączą się w idealnej harmonii, osiągając ostateczną Równowagę. Powrót do korzeni, do praprzyczyny…
Spirala bez punktu po środku. Symbol pozbawiony swojego początku, prawdziwego praźródła…
Tego właśnie dokonał Rezo. Odnalazł zaginioną przed wiekami Praprzyczynę. Punkt, od którego wszystko się zaczęło. Podstawę Prawdziwej Równowagi. Która dała mu moc, aby niemożliwe stało się możliwe.
Lina z poirytowaniem po raz kolejny popatrzyła na swoje notatki. Odkrycie Zelgadisa w Baharesi nieopodal Cieleth stało się pierwszym dowodem na poparcie jej teorii. Wreszcie zrobili krok naprzód. I jednocześnie ponownie znaleźli się w ślepym zaułku. Mistrz ziemi przy całej swojej potędze nie był w stanie nawet zadrasnąć pieczęci opatrzonej symbolem spirali z ciemnym punktem po środku. Chociaż czarodziejka podejrzewała, że nawet gdyby jakimś cudem osiągnęła z Zelgadisem Rezonans, nawet taka moc by nie wystarczyła, aby przebić się przez tamtą barierę. Ta osłona była jak drzwi otwierające się tylko przed posiadaczem jednego właściwego klucza, do którego dostęp miał póki co jedynie Rezo. I tak długo, jak ten fakt nie ulegnie zmianie, Eques, zgodnie z zapowiedzią Czerwonego Kapłana, będzie stać na drodze do całkowitej zagłady.   

***

- A więc pomimo  pierwszego większego odkrycia w temacie Ruelzhan wciąż stoimy w miejscu… – podsumowała ponuro Filia, spoglądając w ostatnie tlące się ogniki w salonowym kominku. Wszyscy poza najpotężniejsza parą mieszkańców dworku już dawno poszła spać, aby przygotować się do trudów następnego dnia.
- Nie do końca – odparł cicho Zelgadis zajmujący  fotel obok Złotego Smoka.
- Co masz na myśli? – Kobieta odwróciła głowę w jego stronę.
- To może być kolejny ślepy zaułek, ale chcę odwiedzić Vun Geas. – Wzrok mężczyzny był utkwiony w napoju o ciemnym zabarwieniu wypełniającym ogromny kubek.
- Vun Geas? – zdziwiła się Smoczyca. – Co ci przyjdzie z odwiedzenia jednego z niemagicznych obszarów?
Odpowiedziało jej kilkosekundowe milczenie.
- Kiedyś wspominał mi o tym Rezo.
Wzrok wojownika nawet na moment nie oderwał się od czarnego płynu.
- Ach… - wydusiła z siebie nieco zaskoczona Ryuzoku.
Mistrz ziemi prawie nigdy nie wspominał przy niej o swoim dziadku, więc samo pojawienie się jego imienia w ustach maga lekko ją zdziwiło.
- Zamierzam wyruszyć tam jutro z Liną.
Dopiero wspomnienie imienia nowej adeptki arkanów magii wyrwało Filię z osłupienia.
- Teraz, jak wiemy, że ona jest na celowniku Ruelzhan, chcesz ją zabrać w kolejne niezbadane rejony Eques? – spytała sceptycznie.
- Pomijając fakt, że ta dziewczyna nie da się zamknąć w dworku, obiecałem jej udział w rozszyfrowywaniu badań Rezo. Poza tym, po tym, co się stało w Cieleth, tym bardziej nabrałem przekonania, że powinna jak najczęściej ruszać w teren.
- Dobrze, zgadzam się, że poradziła sobie w tej sytuacji lepiej niż niejeden Strażnik, ale wciąż…
- Miałaś rację – przerwał jej mężczyzna. – Istnieje pewna możliwość, że faktycznie będę mógł z Liną osiągnąć Rezonans.
Oczy Filii rozszerzyły się w szoku.
- Ona ma powinowactwo do mojego żywiołu ziemi – dodał cicho.
- Skąd do wiesz?
- Gdy Linie udało się stworzyć niewielkie połączenie pomiędzy tamtym sztucznym wymiarem i świątynią Ceiphieda, wysłałem wiązkę własnej mocy, aby umocnić to połączenie. Jednak moja moc nie tylko umocniła to połączenie, ale też wzmocniła zaklęcie Liny... Wiesz dobrze, że nawet jak niezwykle staram się ograniczać, moja energia pochłania obcą moc. Dokonuje anihilacji, a nie wzmocnienia.
Kilka chwili minęło, zanim do Smoczycy dotarło prawdziwe znaczenie tej wiadomości.
- To cudownie! – powiedziała z uśmiechem.
- Nie ciesz się zbyt szybko – przerwał jej mistrz ziemi, wreszcie spoglądając jej w oczy. – To jeszcze o niczym nie świadczy. Osiągnięcie Rezonansu czasami zajmuje całe lata. Zresztą nawet nie wiemy, czy jak to się wszystko skończy,  Lina postanowi zostać w Eques.   
- Naprawdę wierzysz, że ktoś w takim stopniu pojmujący Równowagę i magię, będzie potrafił wrócić do normalnego życia? – spytała sceptycznie Ryuzoku, przekrzywiając lekko głowę. 
- Nie bardzo – przyznał mężczyzna. – Ale to wciąż zależy od niej.
- Niekoniecznie – wtrąciła ostrożnie Filia. – Jeżeli faktycznie uda jej się osiągnąć z tobą Rezonans, nawet w niewielkim stopniu, Rada Seyrun za nic na to nie pozwoli. Utrata panny Liny wiązałaby się wtedy ze zbyt wielkim spadkiem potencjału bojowego Varney.
W szafirowych oczach pojawił się błysk gniewu.
- Nie zapominasz przypadkiem, że ta dziewczyna nie jest Strażniczką? – odparł chłodno. – Nie chciała tu przybyć. Pojawiła się w tym świecie tylko dlatego, że nie miała innego wyboru.
- Ja o tym wiem – przerwała mu. – Ale Rada kieruje się tym, co pozwoli na zwiększenie sił obronnych Varney.
- Radzie nic nie przyjdzie po Strażniczce, która sama nie zdecyduje się poświęcić życia strzeżeniu Równowagi – powiedział mag, po czym wykończył zawartość kubka i podniósł się z wygodnego fotela.
- Tak jak miało to miejsce w przypadku Elsevien? – spytała Ryuzoku, zanim ugryzła się w język.
Zelgadis odwrócił się w jej stronę i obdarzył ją lodowatym spojrzeniem.
- Zgadza się. Albo jak w przypadku Valgaarva – odparł jadowicie i opuścił pomieszczenie.

***
Biegnąca aż po kres horyzontu pustynia drogocennych wspomnień. Cień uśmiechu niknący w odmętach czarnej rozpaczy. Nieposkromiony ból, nie do wyrażenia przez krzyk i łzy, a który musi znaleźć swe ujście. Gorący płomień nienawiści wypełniający każdy zakamarek duszy, tak bardzo odmienny od wszechogarniającej pustki wyzierającej z popiołów dokonanej już zemsty…
Miłość...
…to od niej wszystko się zaczęło. To ona sprawiła, że utrata zadała tak ogromny…
Ból…
…w jednej chwili wypełnia duszę, uciskając ją niemiłosiernie. Powoli doprowadza do tego, że rodzi się… 
Nienawiść...
…staje się paliwem podsycającym płomień życia w zastępstwie szczęśliwych chwil, będących już tylko wspomnieniem. Bezlitośnie domaga się zadośćuczynienia, co może zapewnić jedynie…   
Zemsta...
…niczym narkotyk powoduje, że wciąż pragnie się więcej i więcej. Pierwotny cel szybko znika gdzieś w coraz głębszej ciemności spowijającej serce. Chociaż początkowo przynosi ulgę, szybko się okazuje, że to zaledwie złudzenie. Ostatecznie tylko jedna rzecz może doprowadzić to prawdziwego ukojenia…
Śmierć.     
To wszystko zobaczyła w czasie tej jednej krótkiej chwili, kiedy przeciwniczka Równowagi zacisnęła swoje małe dłonie o nieobrażanej sile wokół jej szyi. Shyllien co prawda posiadali umiejętność odbierania emocji towarzyszących korzystaniu z magii, lecz Amelia nigdy wcześniej nie doświadczyła tak potężnego sygnału. Kontakt fizyczny mógł się znacznie przyczynić do skali tego zjawiska, jednak wciąż nie byłoby to możliwe, gdyby Ruelzhan w napadzie wściekłości nie opuściła swoich barier wewnętrznych, całkowicie skupiając się na zadaniu jej cierpienia.   
Ale dlaczego?  Dlaczego musicie zabijać?
Nigdy nie sądziła, że uzyska tak dosadną odpowiedź na swoje pytanie. Wciąż pobrzmiewały jej w głowie oskarżenia wykrzykiwane przez tamtą dziewczynę z ciemnymi jak węgiel oczami, błyszczącymi od tlącej się w nich nienawiści, przeplatające się z zalewającym ją strumieniem emocji.   
Dlaczego musimy zabijać, się pytasz? A może ja się powinnam spytać, dlaczego Strażnicy zabili moich rodziców?!
Strażnicy… zabili…
Bo muszą chronić swojej pieprzonej, fałszywej Równowagi! Muszą chronić kłamstwo, w którym żyją tak wygodnie od tylu tysięcy lat!
Fałszywa Równowaga.
Dla przeklętych Equeshan nie powinnam istnieć, więc czemu ja mam tolerować ich istnienie?
Objęła się ramionami i bezskutecznie próbowała powstrzymać kolejne spływające po policzku łzy. Całe jej ciało drżało pod wpływem mnożących się w zastraszającym tempie wątpliwości.
Czy naprawdę tych czynów dokonali Strażnicy? Właśnie takie rzeczy gwarantowały bezpieczeństwo Równowagi? Czy Równowaga nie była jednak czymś więcej, niż od zawsze jej się wydawało?  Jeżeli to, co jej zawsze mówiono, nie było do końca pokrywało się  z rzeczywistością, to co było prawdą?   
- Amelio, mogę wejść? – Nagle dobiegł ją przytłumiony przez drzwi głos Sylphiel.
- Chwileczkę! – zawołała, pośpiesznie podnosząc się z łóżka i ocierając łzy. – Wejdź, proszę.
Uzdrowicielka lekko uchyliła drzwi i weszła do pokoju przydzielonego Amelii na czas jej szkolenia.
- Amelio, powinnaś coś zjeść – powiedziała delikatnie. Jednak wystarczyło jedno spojrzenie na siedzącą na łóżku postać przyszłej Shyllien, aby Sylphiel odłożyła trzymany w dłoniach półmisek z ciepłą, apetyczną potrawą na pobliską szafkę i usiadła na skraju łóżka młodszej dziewczyny.
- Przepraszam… Ja chyba nie mam apetytu…  – wymamrotała nastolatka.
- Wiem, że to wszystko nie jest dla ciebie łatwe – zaczęła cicho długowłosa kobieta. – Ale musisz mieć siły, aby się zmierzyć chociażby z własnymi myślami. A żeby mieć siły, musisz coś zjeść. Wiesz dobrze, że ciało mieszkańca Eques potrzebuje więcej jedzenia niż przeciętny mag.
- Wiem…  – odparła Amelia, chociaż nie zrobiła najmniejszego ruchu w stronę półmiska.
Przez kilka dłuższych chwil Sylphiel w milczeniu obserwowała pogrążoną we własnych myślach dziewczynę, po czym przysunęła się do niej bliżej i lekko objęła ją ramieniem. Pod wpływem tego gestu Amelia na moment zesztywniała, lecz szybko wtuliła się w uzdrowicielkę. Nie wiedzieć kiedy, do jej oczu ponownie napłynęły łzy.
- Ja… nie wiem, w co mam wierzyć. Nic nie jest takie, jak mi się na początku wydawało… Jak mam kiedyś zostać Filarem Varney, jeżeli nie radzę sobie z samą sobą?
- Na to pytanie, niestety, ci nie odpowiem – przyznała uzdrowicielka, lekko gładząc młodszą dziewczynę po głowie. – Ale zapewniam cię, że każdy z nas przechodził to samo. Pan Zelgadis często powtarza, że bycie Strażnikiem musi wynikać z głębokiego wewnętrznego przekonania. Oczywiście, urodziłaś się w Seyrun, tak jak pan Philionel masz ogromne predyspozycje do zostania Shyllien, doskonale rozumiesz nurty i zaklęte w nich emocje, ale jeżeli sama nie zdecydujesz się na zostanie Filarem, nikt cię do tego nie będzie w stanie zmusić. Shyllien to jeden z dwóch najważniejszych Strażników w wymiarze, dlatego jego wewnętrzne przekonanie o słuszności tej misji musi być autentyczne. Dlatego sama musisz ocenić rzeczywistość i podjąć decyzję, w jakim kierunku będziesz zmierzać.
Słysząc to, Amelia wysunęła się z objęć Sylphiel, aby spojrzeć jej w oczy.
- Ale jak mam ocenić tę rzeczywistość? Widziałam Ruelzhan już wcześniej. Byłam przekonana, że to grupa zwyczajnych morderców. To, co zrobili z Opiekunem Gwiazd w Cieleth było więcej niż okrutne. Ale ta dziewczynka… powiedziała, że Equeshan zabili jej rodziców. Przeniknęły do mnie jej uczucia. Ona nie kłamała. Nie wierzę, aby Strażnicy zabijali bez powodu, ale z drugiej strony jak można ją winić za to, że nas nienawidzi? Na dodatek ona zrobiła coś,  o czym mnie uczono, że jest absolutnie niemożliwe. Stworzyła własny nurt! Widziałam to na własne oczy. A skoro tak, to ile jest jeszcze rzeczy, o których istnieniu nie mamy pojęcia?
- Właśnie na to próbujemy odnaleźć odpowiedź. Zadajemy sobie dokładnie te same pytania i sama  nie potrafię ci dokładnie powiedzieć, co będzie się tliło mojej głowie, gdy faktycznie odnajdziemy odpowiedzi na te pytania. Być może wtedy już nic nie będzie takie samo. Nie powiem ci, jak masz się odnaleźć w tej innej rzeczywistości, ale zapewniam cię, że nie jesteś w tym wszystkim sama. – Uzdrowicielka uśmiechnęła się ciepło.
Chociaż wzrok Amelii wciąż spowijała mgła niepewności, w jej spojrzeniu po raz pierwszy od powrotu z Cieleth pojawił się weselszy błysk.   
- Ty również jesteś silna, panno Sylphiel. Prawie jak panna Lina.
- Oj, nie. – Długowłosa kobieta lekko okręciła głową. – Do jej siły ducha jeszcze wiele mi brakuje. W sumie ledwie ją powstrzymałam prze przyjściem do ciebie, zanim wyruszyła z panem Zelgadisem.
Na tę wiadomość Amelia zdecydowanie się ożywiła.
- Czemu ją powstrzymałaś?
Uśmiech uzdrowicielki stał się nieco zakłopotany.
- Hm… Powiedziałam jej, że wciąż nic nie zjadłaś i jak tylko to usłyszała, postanowiła to… zmienić.
Przyszła Shyllien zabawnie przekrzywiła głowę.
- Eee… a w jaki sposób?
- Hm… coś wspominała o jakiejś rurze i przepychaczu, więc stwierdziłam, że jednak ją zastąpię.
Młodsza dziewczyna lekko pobladła.
- Dziękuję, panno Sylphiel – wydukała po krótkiej chwili milczenia, któremu towarzyszyło dokładne wyobrażenie, jak skutecznie czarodziejka płomienia mogłaby zrealizować swoją groźbę.
- Ależ nie ma za co, Amelio – przyznała z pełnym zrozumienia uśmiechem uzdrowicielka.
- Panna Lina czasami bywa straszniejsza od pana Zelgadisa.
- Zgadzam się w zupełności. To jak? Zjesz coś?
Następczyni Filara raz jeszcze stanęła przed oczami wizja przepychacza.
- Tak. Chyba jednak zgłodniałam….
Sylphiel ponownie się uśmiechnęła i podała młodszej użytkowniczce białej magii półmisek z wciąż ciepłym posiłkiem. Amelia z lekkim wahaniem podniosła łyżkę, ale dopiero wtedy, gdy wzięła do ust pierwszy kęs, poczuła prawdziwy głód. Przygotowany przez uzdrowicielkę gulasz był jak zawsze lekkostrawny i pyszny. Może wciąż targały nią wątpliwości, ale musiała przyznać, że zgodnie ze słowami starszej Strażniczki, zrobiło jej się lepiej. Przynajmniej na tyle, że w jej umyśle pojawiło się pytanie niezwiązane z Ruelzhan.
- Panno Sylphiel, w sumie nigdy nie miałam okazji się ciebie spytać – odezwała się pomiędzy kęsami. – W jaki sposób trafiłaś do oddziału pana Zelgadisa?
Ciemnowłosa kobieta najpierw spojrzała na nią z lekkim zaskoczeniem. Na moment jej oczy stały się nieco odległe, jakby cofnęła się do wspomnień z dalekiej przeszłości.   

***

Strażnicy znacząco się różnili od zwyczajnych czarodziejów. Jako że moc Equeshan ściśle przeplatała się z istnieniem, ich magia była niesamowicie potężna. Potężna i wyjątkowo niebezpieczna. Zwłaszcza w sytuacjach, gdy do głosu dochodziły silne emocje. W zależności od charakteru targającego magiem uczucia, magia zmieniała swoją naturę i postać. Wściekłość potrafiła zwiększyć siłę ataku, nadzieja czasem pomagała dokonać cudu w leczeniu, a głęboki, przenikający serce i duszę, ból często powodował utworzenie potężnej, szczelnej bariery odgradzającej maga od źródła wszelkiego cierpienia. W niektórych przypadkach takie samorzutne działanie magii potrafiło uratować swojemu właścicielowi życie, gdy w odpowiednim momencie udawało mu się odzyskać świadomość i zapanować nad otaczającym go żywiołem. Jednak gdy ów proces nie został w porę przerwany, dochodziło do samowypalenia – przy tak ogromnym natężeniu mocy ciało ulegało destrukcji, a dusza i magia pozbawione naczynia natychmiast nieodwracalnie mieszały się z nurtami Eques.

***

Bariera psychiczno-magiczna skutecznie oddzielała ją od wszystkiego, co mogło ją zranić. Od wpływów wrogiej energii, od ludzi pragnących ją zniszczyć i jednocześnie od źródła jakiejkolwiek pomocy. Gdzieś w głębi siebie wiedziała, że nie może się poddać temu wirowi mocy. Od dziecka uczono ją kontroli, jednak każdą próbę skupienia się na własnym wewnętrznym nurcie udaremniała ta paraliżująca myśl, że jej ojciec, ciocia, przyjaciele, wszyscy mieszkańcy Sairaag odeszli. W jednej chwili, trwającej krócej niż oddech, jej rodzinne miasto stanęło w czarnych płomieniach. Stos martwych ciał otaczał powalone święte drzewo Flagoon, pomost pomiędzy Eques a półmagicznym Rejonem Flagerrie. Za sprawą jednego wrogiego czaru niezniszczalna ostoja magii, dar od samych Elfów Zaihara, runął na ziemię. W momencie ataku zareagowała instynktownie, osłaniając się grubą warstwą magii defensywnej. Udało jej się ocalić własne życie…
Jednak nie zdołała uratować nikogo więcej.
Czuła, jak powoli traci resztki kontroli. Ostatnie chwile, kiedy jeszcze była w stanie zapanować nad ogromem własnej energii i zapobiec ostatecznej utracie świadomości, nieodwracalnemu połączeniu z nurtami Eques. Strumień nieznośnych myśli wciąż ingerował w działanie wytrenowanego przez lata odruchu.
Wciąż mogła wrócić. Tylko po co? Im dłużej przebywała w zawieszeniu pomiędzy ciałem a nurtami, tym bardziej rozmywały się jej wspomnienia. A im większa pustka panowała jej w głowie, tym mniej targały nią rozpacz, poczucie winy i lęk. 
Jak tylko w jej głowie pojawiła się ta myśl, przeszedł ją gwałtowny wstrząs. Dźwięk setki znajomych głosów w jednej chwili wypełnij jej serce. Nie była w stanie rozróżnić pojedynczych słów, lecz bez trudu zrozumiała ich sens i pochodzenie.
Bariera psychiczno-magiczna, szczelnie otulająca jej duszę i ciało, rozpadała się kawałek po kawałku. Jej zmysły stopniowo zaczynały odbierać bodźce z otoczenia. Dusząca aura zaklęcia, które w zaledwie kilka sekund zniszczyło stolicę całego Rejonu, wciąż unosiła się nad ruinami miasta. 
Jak mogła być tak ślepa?
Owszem, dysponowała najpotężniejszą magią defensywną w całym Flagerrie, jednak nawet ta ogromna moc nie zdołałaby jej osłonić przed czymś takim.
Z jej oczu popłynęły pierwsze łzy.
W tej jednej chwili wszyscy mieszkańcy Sairaag skupili całą swoją moc na jednej osobie.
Na niej.
Ponieważ ona jedna była w stanie wykonać zadanie powierzone założycielom Sairaag przez Elfy Zaihara. Flagoon musiało istnieć dalej. Bez względu na kształt i formę.
- Święte leczące dłonie. – Z jej ust padły pierwsze słowa rozpoczynające manipulację energią zaklętą w każdej żywej istocie znajdującej się w najbliższej okolicy.
- Proszę, proszę, a więc wciąż istnieje ktoś znający magię wskrzeszenia. – Znała ten głos. Nie miała pojęcia dlaczego, lecz w jednej chwili przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Podniosła głowę i niemalże przerwała wypowiadanie zaklęcia. Nawet w Rejonach półmagicznych trudno było spotkać kogoś, kto nie potrafiłby rozpoznać tej majestatycznej postaci odzianej w szykowne, czerwone szaty otaczaną przez tak przeraźliwie potężną aurę. Nie, to musiała być iluzja. Ułuda wywołana przez doprowadzony do granic możliwości, zmęczony umysł. Jakim cudem stałby teraz przed nią Czerwony Kapłan? Przecież najpotężniejszy ze Strażników oszalał i został skazany na wyklęcie do Ruelzaar niecałe trzy lata wcześniej. Jak miałby się wydostać z przeklętego trzynastego wymiaru? I z jakiego powodu miałby chcieć zniszczyć Flagoon?
- Oddechu Matki Ziemi. – Nie wolno jej było przerwać inkantacji. Przywrócenie życia świętemu drzewu było możliwe tylko teraz. Dla tego zadania poświęciło się całe jej miasto. Nawet gdyby ją to kosztowało życie, nie mogła pozwolić, aby cokolwiek jej w tym przeszkodziło. – Do was modlę się.
- Godna podziwu odwaga – kontynuował z nieskrywanym szacunkiem osobnik przypominający Rezo. – Ale niestety nie mogę ci pozwolić na dokończenie tego zaklę… – Zanim Czerwony Kapłan zdołał zgromadzić porcję swojej zatrważającej energii, jego pierś została na wylot przebita srebrzystym ostrzem emanującym zieloną poświatą.
Sylphiel nie zważała na to, kto właśnie jej pomógł, tylko włożyła wszystkie siły, jakie jej zostały w ukończenie zaklęcia.
- Ocalcie osobę, która spoczywa przede mną swoją bezkresną łaską! Resurrection!
Jej dłonie spowiła jasna kula czystej energii życia, którą bez chwili zawahania skierowała w stronę przewalonego drzewa. W ułamku sekundy cała okolica została skąpana w blasku oślepiającego światła. Po kilku minutach zdających się trwać całą wieczność, Sylphiel mogła spokojnie otworzyć oczy.  Z lękiem uchyliła powieki i wydała z siebie lekkie westchnienie, gdy ujrzała tuż przed sobą otoczoną jasną poświatą niewielką sadzonkę.
- Flagoon? – wyjąkała w szoku, wyciągając ręce w kierunku świętej rośliny. Jak tylko poczuła, że obiekt, którego istnienie został okupione życiem jej ojca i pozostałych mieszkańców Sairaag, znalazło się w jej dłoniach, utraciła czucie w nogach. Kątem oka ujrzała ubraną na niebiesko sylwetkę, której właściciel podtrzymał ją w ostatniej chwili, ratując ją przed bolesnym upadkiem.
- Sylphiel! Wszystko w porządku?! – Usłyszała doszedł pełen niepokoju krzyk.
W jej oczach ponownie zaszkliły się łzy, gdy rozpoznała ten głos. Wreszcie była bezpieczna.
- Panie Gourry… Mój ojciec… Sairaag…
- Co się tutaj stało?! – Jego niebieskie oczy, zwykle o beztroskim wyrazie, przepełniało napięcie i zdenerwowanie.
- To się stało. – Rozległ się melodyjny tenor o lodowatym zabarwieniu. W jego tonie dominowała czysta nienawiść.
Gdy półprzytomna Sylphiel resztkami sił zmusiła się do podniesienia głowy, ujrzała mężczyznę odzianego od stóp do głów w szary strój zwieńczony pokaźnym kapturem. Ze skąpanej w ciemności twarzy przybysza mogła rozróżnić jedynie dwie szafirowe tęczówki o bezlitosnym wyrazie, zwrócone w stronę zamieniającego się w drobiny energii ciała Czerwonego Kapłana nabitego na wciąż emitujące zielone światło ostrze.
- Co tutaj robi Rezoł? – spytał groźnie Gourry.
- To nie Rezo – odparł nieznajomy, ignorując przejęzyczenie towarzysza. – To zaledwie jedna z jego kopii, które stworzył, aby mieć więcej obiektów do swoich eksperymentów. Właściwy Rezo miał tysiąckrotnie potężniejszą moc. – W jego głosie pobrzmiewała zarówno wściekłość jak i niechętny podziw.
Na moment zapadła cisza, gdy sylwetka sztucznego Czerwonego Kapłana w szybkim tempie zlewała się z nurtami Eques. Sylphiel nawet nie miała ochoty, aby analizować usłyszane informacje. Czując, że coraz bardziej traci siły, jeszcze bardziej wsparła się na podtrzymującym ją Gourry’m.
- Sylphiel? – spytał zaniepokojony blondyn, jak tylko pomógł jej usiąść na ziemi.
- Wszystko w porządku. Tylko jest mi trochę słabo – odparła cicho.
- Jesteś Sylphiel Nels Rada, zgadza się? – ponownie odezwał się nieznajomy, tym razem niewątpliwie zwracając  się bezpośrednio do niej.
Uzdrowicielka lekko kiwnęła głową i z zaskoczeniem obserwowała, jak mężczyzna kuca, aby zrównać się z nią.  Dopiero w tym momencie zwróciła uwagę na formujące się echo magiczne zaklęcia użytego przez towarzysza Gourry’ego. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości, że czuła pozostałości magii żywiołu ziemi, co oznaczało, że ma do czynienia z…
- Musisz teraz podjąć dwie decyzje – powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu, wbijając w nią chłodne spojrzenie. 
- Zel, nie widzisz, w jakim ona jest stanie? – przerwał mu nagle Gourry. Sylphiel chyba po raz pierwszy w życiu słyszała w jego głosie złość.
- Wciąż jest przytomna – odparł stanowczo zakapturzony. – Teraz to od niej zależy Równowaga w Rejonie Flagerrie. To jest półmagiczny Rejon. Przez to miejsce następuje przepływ nurtów z Eques do całego Flagerrie. Flagoon od zawsze pełniło funkcję sita oczyszczającego negatywne nurty. Gdy teraz tego sita zabraknie, Równowaga we Flagerrie upadnie.
…Zelgadisem Greywordsem, najsilniejszym wojownikiem świata Varney, wnukiem samego Czerwonego Kapłana Rezo, nazywanym przez niektórych Szarym Wilkiem.
- Panie Gourry, on ma rację – wtrąciła cicho Sylphiel. Nigdy w życiu nie czuła się tak słabo, ale te słowa bezlitośnie opisujące tę nową rzeczywistość uświadomiły jej, że wciąż jeszcze nie mogła sobie pozwolić na odpoczynek. – Ale nie mogę przecież zasadzić tutaj Flagoon w takiej postaci. – Spojrzała na wątłe listki dzierżonej w dłoniach rośliny. – W tej formie wymaga ciągłej ochrony…   
- Zgadza się. Flagoon musi zostać tutaj i jednocześnie musi mieć zapewnioną stałą ochronę. Jeżeli połowę Flagoon zapieczętujesz w swoim ciele, stworzy się pomiędzy wami trwałe połączenie. Tak długo, jak będziesz żyła, Flagoon będzie niezniszczalny.
- Takie coś jest możliwe? – spytała z niedowierzaniem.
- Jesteś ostatnią żyjącą mieszkanką Sairaag. Masz powinowactwo do magii świętego drzewa. Dzięki magii tożsamości zdołasz stworzyć połączenie między wami. Kiedyś, gdy Flagoon stanie się dostatecznie silny, będziesz mogła z powrotem połączyć obie części Flagoon. A do tego czasu będziesz pełnić funkcję czegoś na kształt Filara i Xullan Flagerrie.
Sylphiel poczuła, że zaczyna jej się kręcić w głowie.
- Ja… miałabym się stać ostoją całego Rejonu? – wyjąkała. – Nigdy się czegoś takiego nie uczyłam. Przecież najmniejszy błąd z mojej strony może się przyczynić do zakłócenia Równowagi.
- Zamieszkałabyś w centrum Eques, w Seyrun. Dopóki będziesz przebywać w obecności prawdziwego Shyllien i Strażnika Nurtu, do niczego takiego nie dojdzie. W międzyczasie uczyłabyś się od nich kontroli – odparł z niewzruszonym spokojem Zelgadis.
- A gdybym nigdy się tego nie nauczyła, zostałabym skazana na wieczny pobyt w Seyrun…  – dopowiedziała uzdrowicielka.
- Tak – przyznał krótko. 
- A gdy osiągnę taki poziom kontroli, zostanę zmuszona do zostania Strażniczką, czyż nie? – uśmiechnęła się sucho.
Ku jej zdumieniu to pytanie wywołało nieprzyjemny grymas na twarzy wojownika.
- O tym nie ma mowy. Nie pozwolę, aby ktokolwiek został Strażnikiem wbrew własnej woli.
Te słowa ją zaskoczyły. Słyszała, że Przymierze Równowagi dąży do pozyskania potężnych sojuszników, nie bacząc na koszty.  Nigdy nie chciała zostawać Equeshan. Strażnicy posiadali co prawda ogromne wpływy, lecz odpowiedzialność, która szła w parze z tymi przywilejami, była dla niej zbyt wielka. Z drugiej strony, czy naprawdę tak bardzo by się to różniło od pozostania tymczasowym fundamentem jej ojczystego Rejonu?
Zelgadis uważnie ją obserwował, cierpliwie oczekując na jej odpowiedź. Jakby nie była ona oczywista… Przecież już wcześniej podjęła tę decyzję przez zniszczenie bariery psychiczno-magicznej, której zadaniem było chronienie jej duszy i ciała przed światem…
- Zgoda – powiedziała drżącym tonem.   
- Sylphiel, jesteś pewna? – Usłyszała tuż nad głową głos milczącego dotychczas Gourry’ego.
Uzdrowicielka uśmiechnęła się smutno.
- Nie, niczego nie jestem pewna, ale… - Jej oczy lekko się zaszkliły. – Za nic nie mogę pozwolić, aby wola mieszkańców Sairaag umarła wraz z nimi.
Gourry przez dłuższy moment wpatrywał się w nią z tak mało charakterystycznym dla siebie zamyślonym wyrazem twarzy.
- To skoro tak, może chciałabyś zamieszkać z nami? – spytał po chwili.
- Słucham? – wtrącił natychmiast Zelgadis, piorunując blondyna spojrzeniem, zanim z ust zaskoczonej Sylphiel wyrwał się jakikolwiek dźwięk.
- To całkiem spora chałupa. Zdecydowaniem zbyt duża dla trzech osób. Masz coś przeciwko, Zel? – Gourry zwrócił się do przyjaciela z lekkim uśmiechem. Zelgadis przez dłuższą chwilę wciąż gromił go wzrokiem, jednak po minucie ciężko westchnął i odwrócił głowę.
- A róbcie, co chcecie – prychnął. 
- Widzisz? Nawet nasza naczelna maruda się zgadza. Wreszcie zostalibyśmy sąsiadami, a nasz oddział liczyłby już całe cztery osoby! – oznajmił radośnie, przynajmniej jak na okoliczności.
Oniemiała uzdrowicielka tylko patrzyła się na swojego przyjaciela z dzieciństwa.
- Ale przecież miałabym odbyć szkolenie w Seyrun… – wymamrotała.
- Nasza twierdza leży niedaleko, więc to nie problem. Przemyśl to sobie, ale bez względu na wszystko zawsze będziesz tu mile widziana!
- Ja… - odezwała się lekko zmieszana. W tym momencie nie była w stanie zebrać myśli. Świadomość wydarzeń sprzed kilkunastu minut powoli zaczęła opanowywać jej umysł. Poczucie straty i tak wielkiej odpowiedzialności coraz bardziej zaczynały kłuć ją w serce. Jednak gdy spojrzała w te niebieskie oczy o ciepłym, pełnym współczucia wyrazie, w jednej chwili wypełniło ją przekonanie, że wciąż istniał ktoś, komu na niej zależało. Ktoś, kogo mogła nazwać domem. – Dziękuję – wyszeptała, zanim z jej ust uwolnił się pierwszy szloch.


***

Usta Sylphiel ułożyły się w smutnym, nostalgicznym uśmiechu.
- To trochę skomplikowana historia… - Opowiadanie o tym wydarzeniu z jej życia nigdy nie przychodziło jej z łatwością. Ale ponieważ w tych zagubionych, granatowych oczach po raz pierwszy od powrotu z Cieleth pojawił się weselszy błysk, nie chciała zupełnie zbyć młodszej dziewczyny. – Ale najprościej można to ująć tak, że za sprawą Gourry’ego znalazłam się właśnie tutaj. Gdy pojawiłam się w Seyrun na szkolenie, Gourry ze względu na starą znajomość zaproponował mi dołączenie do mieszkańców tej twierdzy.
- Znałaś się już wcześniej z panem Gourry’m? – zdziwiła się Amelia.
- Tak. – Sylphiel się nieco ożywiła. – Gdy miałam jakieś czternaście lat, na Sairaag napadł Zanaffar, jedna z legendarnych magicznych bestii. Pan Gourry przyszedł nam na ratunek i uratował całe miasto, jednym ciosem pokonując potwora. Od tego czasu odwiedzał nas co jakiś czas, gdy zabłądził w okolicy.
- Haha! To znając pana Gourry’ego, musiało być to bardzo często! – Roześmiała się następczyni Filara.
- Faktycznie, tak było. – Sylphiel również się roześmiała. Tak, właśnie ten uśmiech chciała zobaczyć.  – Raz trafił do nas po tym, jak się wybrał na polowanie na niedźwiedzia w trakcie trwania jakiejś mniej istotnej misji.     
- Ojej. – Amelia lekko się skrzywiła. – To pan Zelgadis musiał być chyba wtedy na niego bardzo zły.
- No na pewno nie był tym zachwycony – przyznała uzdrowicielka, lekko poważniejąc. - Tak samo jak pomysłem, abym dołączyła do jego oddziału.  Ostatecznie dał Gourry’emu wolną rękę, ale trochę czasu minęło, zanim poczułam się przez niego zaakceptowana.
- To cały pan Zelgadis… Trudno jest sprawić, aby komuś zaufał. – Wesołość w oczach dziewczyny lekko przygasła. 
- Chociaż panna Lina jest chyba wyjątkiem w tym temacie – zamyśliła się uzdrowicielka. – Nigdy dotąd nie widziałam, aby pan Zelgadis czuł się tak zrelaksowany w towarzystwie nowo poznanej osoby.
Na samo wspomnienie rudowłosej czarodziejki Amelia z powrotem się ożywiła.
- Panna Lina jest po prostu niesamowita, prawda? Ciągle zapominam, że pochodzi z niemagicznego Rejonu…
Sylphiel ponownie się uśmiechnęła, gdy słuchała pełnego entuzjazmu wywodu przyszłej Shyllien, ciesząc się, że młoda dziewczyna chociaż na moment zapomniała o swoich dylematach, które będą ją odtąd nawiedzać w każdej chwili słabości, dopóki nie odnajdzie odpowiedzi kładącej kres wszelkim wątpliwościom.  Nie wypowiadała jednak własnych myśli, że niezwykły talent i rozumienie magii mogą się stać dla Liny Inverse przekleństwem. Kolejnym źródłem nieświadomości Amelii był fakt, że urodziła się w Seyrun, a dla dzieci wychowujących się w Eques, czyli posiadających odpowiednią pojemność magiczną, aby móc swobodnie przebywać w Krainie Równowagi, zostanie Strażnikiem było czymś zupełnie naturalnym w przeciwieństwie do obywateli półmagicznych Rejonów. Osoby o ponadprzeciętnym potencjale magicznym pochodzące spoza granic Eques miały prawo decydować, czy chciały się szkolić na Strażników. Jednak w przypadku istot obdarzonych ogromną mocą Rada Varney była zdecydowanie bardziej rygorystyczna. Jednostek dysponujących naprawdę potężną magią nie można było tak łatwo kontrolować, dlatego też albo dobrowolnie oddawały one swe talenty w służbie Równowadze albo uznawano ich za przeciwników systemu, co w najgorszym wypadku kończyło się skazaniem na wyklęcie do Ruelzaar.  Trzecią alternatywą była rezygnacja z mocy na drodze magii tożsamości, na co najczęściej decydowali się magowie mający dzieci o niewystarczającej pojemności magicznej pozwalającej na przeżycie w Eques, gdyż podstawowym obowiązkiem Strażnika było zamieszkanie na terenie Rejonu Głównego i bycie w stałej gotowości bojowej. Chociaż surowość tych zasad oburzała nie jednego maga, większość czarodziejów godziła się z tym, gdyż mieli oni świadomość, jak ważne jest utrzymanie Równowagi. Zelgadis co prawda twierdził, że nigdy nie pozwoli, aby ktokolwiek został zmuszony do zostania Equeshan, jednak w przypadku Liny Inverse, która miała potencjał do osiągnięcia Rezonansu z najpotężniejszym wojownikiem Rejonu Varney, Sylphiel mocno powątpiewała, czy nawet siejący postrach Szary Wilk będzie mógł w jakikolwiek sposób wpłynąć na decyzję najważniejszego organu władzy w wymiarze.   

***

Powoli i delikatnie sięgała po kolejne nici mocy. W wielkim skupieniu tworzyła coś, co wielu Strażników uważało za niemożliwe. Nowy nurt, korzystający z ustanowionych przez Czerwonego Kapłana punktów dostępu rozsianych po całym Eques, otwierał im drogę do miejsca wywołującego nieprzyjemne dreszcze u znacznej większości jej pobratymców. Nigdy nie przypuszczała, że zostanie zmuszona do powrotu do Ruelzaar.
Przeklęty trzynasty wymiar był pogrążonym w wiecznej nocy pustkowiem wypełnionym jedynie chaotycznymi, nieokiełznanymi nurtami nie mającymi nic wspólnego z przyjaznymi strumieniami mocy przepływającymi przez Krainę Równowagi. Większość skazańców popadała w obłęd już w przy samym kontakcie z dziką, surową energią, której w żaden sposób nie można było sobie podporządkować. Tylko odseparowanie się od tej mocy za pomocą bariery i pogrążenie się w półśnie dawało szansę na pozostanie przy zdrowych zmysłach. Ci, o największej mocy, umierali w błogosławionym stanie uśpienia, stopniowo wyczerpując swoją energię. Mniej obdarzeni skazańcy konali w bezkresnych męczarniach. Tak przynajmniej się działo do czasu nadejścia Czerwonego Kapłana, który dzięki poznaniu prawdziwej Równowagi, zyskał wiedzę, jak sprawić, aby niemożliwe stało się możliwe.       
Frena, zasilając się energią zbieraną od wielu miesięcy przez przeciwników Równowagi, drżącymi dłońmi łączyła moc pochodzącą od Shabranigdo i Ceiphieda, dając początek legendarnej magii tworzenia tańczącej zgodnie z jej wolą. Wystarczyłoby jednak aby popełniła najmniejszy błąd, a otaczające ją nurty wniknęłyby do jej wnętrza i bez trudu przerwałyby jej wewnętrzny krąg. Zwykle obok niej była Serya, która na drodze Rezonansu wspierała działanie jej magii. Teraz jednak jej siostra przeżywała katusze na myśl, że jej jedyne rodzeństwo wróciło do przeklętego Ruelzaar. Z dwojga złego zdecydowanie wolała własną sytuację. Przynajmniej to od niej zależało, czy uda jej się wrócić.
Wytarła pot z czoła i wplotła ostatnią nić, mającą nadać nurtowi ostateczną postać. Ciepłe uczucie w jej wnętrzu było znakiem, że z powodzeniem udało jej się stworzyć przejście, a jak tylko otworzyła oczy, przekonała się, że portal prowadził do wyznaczonego jej celu. Do wnętrza bariery stworzonej siedem lat temu przez jednego z najpotężniejszych więźniów trzynastego wymiaru.
- Doskonale, moja droga. – Nagle tuż za nią rozległ się znajomy męski głos, któremu towarzyszył nieodłączny zapach papierosów.
- Pan Guesh? – Zaskoczona odwróciła się za siebie. – Przecież miałam przybyć tu sama…
- Co to to nie, moja droga. - W jego zwykle zimnym spojrzeniu pojawił się ciepły błysk. – Obie z siostrą jesteście dla nas zbyt cenne, aby ryzykować waszą stratę. Co do was nie mam żadnych wątpliwości w temacie wierności naszej sprawie, ale twoja siostra potrzebowała nauczki. – Zielone oczy z powrotem przybrały bezlitosny wyraz. – A nie przyniosłaby ona oczekiwanego rezultatu, gdyby odczuła twoje emocje pozbawione poczucia zagrożenia. Nie rób takiej zdziwionej miny, moja droga. Wiem, że wasz Rezonans jest tak silny, że nawet przy takim dystansie wciąż jesteście zdolne do przynajmniej powierzchownego odczuwania swoich emocji A poza tym… – Skierował wzrok w głąb mrocznej bariery, zdającej się pochłaniać światło pochodzące od potężnej aury otaczającej Guesha. – To zbyt ważne zadanie, aby dopuścić chociaż cień szansy porażki. Utrzymuj nurt, moja droga, ja tymczasem porozmawiam z naszym potencjalnym, nowym towarzyszem. – Zrobił kilka kroków naprzód i wyciągnął prze siebie dłoń, z której wyleciał strumień delikatnej, jasnej energii. Dopiero wtedy Frena dojrzała złożoną w pozycji embrionalnej postać mężczyzny. Zaledwie po upływie kilku chwil w słabym świetle błysnęły dwie złote tęczówki.
- Już się obudziłeś? Znakomicie. Patrząc na stan zaawansowania twojej bariery, wnioskuję, że masz całkowitą świadomość, gdzie jesteś i dlaczego się tutaj znalazłeś. I chociaż trudno, abyś udzielił innej odpowiedzi niż oczekuję, muszę zadać to pytanie. Czy przyłączysz się do walki o prawdziwą Równowagę, Valgaarvie Ul Copt?


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#166 2015-07-13 15:30:02

 Meitsa

Lord Mazoku

Skąd: Scotland/Poland
Zarejestrowany: 2011-05-24
Posty: 2281
Punktów :   
WWW

Re: Rezonans

Przeczytane
Fabuła powolutku idzie do przodu, ale widzę, że jeszcze poświęcasz się przedstawianiu świata i bohaterów. Chyba nie ma chaptera gdzie byś czegoś nie wyjaśniała
Ostatnio obiecałaś mi, że będzie wątek o Filii, a dostałam Sylphiel Ale nie powiem, podobało mi się.
Specjalnie przeczytałam rozdział 2 razy w celu wyłapania jakiś uwag. Jedyne co mi się nasuwa na myśl to następnym razem daj więcej dynamiki, akcji żeby fabuła nie była statyczna i przegadana. W końcu mamy już 10 rozdziałów i u czytelnika napięcie już mocno wzrosło. Rozumiem, że możesz mieć plan typu "jeszcze nie wyjaśniłam tego, przed akcją miało być jeszcze to", ale opowiadanie w tym momencie już wymaga zmiany tonu. Nie musisz zmieniać kolejności wydarzeń żeby to osiągnąć. Wystarczy, że dynamiczniej opiszesz kolejny rozdział. Jakaś pogoń, walka z czasem, ucieczka. Mieliśmy już małe akcje, ale czytelnik chce ich więcej, bo naprawdę dodają charakteru
Swoją drogą ciekawi mnie jak Lina zwiększy swoją moc do potencjalnego finalnego starcia (o ile takie będzie). Xell da je talizmany, które pochodzą od Shabranigdo, a Filia coś od Ceiphieda? A może Lagoona Blade będzie miała coś z tym wspólnego? A może Giga Slave?


Nadworny zboczeniec forumowy <3

Offline

 

#167 2015-07-13 23:48:06

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Wiem, obiecałam Filię, ale bardzo chciałam opisać Sylphiel, co dodatkowo dorzuca cegiełkę do planu Rezo, ale znowu mi się to to rozrosło do całego rozdziału ^^'. Ale mam nadzieję, że wynagradza to dosyć konkretna zapowiedź poświęcenia następnego rozdziału Filii w ostatnim akapicie Jak najbardziej masz rację, że wreszcie czas ruszyć to to, bo mam wrażenie jakbym cały czas lepiła śniegową kulę, którą wreszcie trzeba zrzucić z tej skarpy

Moc Liny na pewno będzie rosnąć. Mam w sumie to mniej więcej zaplanowane, tylko mam nadzieję, że nie będzie to zbyt sztampowe rozwiązanie ^^'

Jak zawsze bardzo Ci dziękuję za wnikliwe czytanie i uwagi


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#168 2015-11-11 22:37:02

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Ech, po raz pierwszy pisałam i kasowałam prawie cały rozdział przynajmniej trzy razy, więc nie mam pojęcia, czy ten rozdział wyszedł dobrze, ale siedziało mi to to we łbie i wreszcie wyszło, więc o tyle jestem zadowolona...


Rozdział 11
Głos niepamięci
   
Nurty… ucichły.
Znowu stąpała po ziemi składającej się z materii nienapełnionej mocą. Jej policzki muskał delikatny, zupełnie niemagiczny wiatr, rozwiewając jej długie rude włosy na wszystkie strony. Z irytacją mrużyła oczy na skutek oślepiającego słońca nieotoczonego jasną, fioletowawą poświatą.
Nigdy by nie przypuszczała, że w miejscu niemalże całkowicie pozbawionym magii poczuje taką… pustkę. Pod tym względem te piękne góry zwieńczone soczystą zielenią były takie same jak Rejon, z którego pochodziła. Mimowolnie w jej umyśle pojawiła się świadomość, że gdyby teraz wróciła do Atlas, właśnie to by jej towarzyszyło. Pustka i poczucie straty. Póki co wolała się nie zastanawiać nad sytuacją, kiedy będzie zmuszona do podjęcia decyzji, w którym świecie postanowi spędzić resztę swojego życia. O ile niesamowicie pociągało ją dalsze studiowanie arkanów magii, całkowicie gardziła wizją podlegania komukolwiek. Nawet jeśli byłaby to grupa tak potężnych postaci, jak Przymierze Równowagi… Równowagi, która pomimo otaczającego ją kultu mogła być fałszywa… Może nie tyle fałszywa, tylko nie będąca jedynym słusznym porządkiem, który powinien obowiązywać w Eques. Wciąż nie znała wielu faktów, ale tego jednego była absolutnie pewna. Chcąc powstrzymać Rezo, musieli odnaleźć Praprzyczynę, punkt na środku spirali, coś, co sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. I miała jednocześnie świadomość, że ta cała „Prawdziwa Równowaga”, o której do znudzenia mówili Ruelzhan, faktycznie mogła istnieć. Wciąż jednak nie zmieniało to faktu, że zarówno jej jak i Zelgadisowi trudno było ustalić prawdziwy cel potężnego maga.
Na rozwiązanie tej zagadki mieli ponad dziesięć miesięcy. Oczywiście, pod warunkiem, że Czerwony Kapłan zamierzał dotrzymać groźby wypowiedzianej w trakcie ostatniego zebrania Przymierza Równowagi. Również na tyle czasu zapewniono jej alibi w jej świecie. Po dokładnych ustaleniach z Zelgadisem i Filią postawiono wysłać do Uniwersytetu Drama’ttana w Atlas podanie o pozwolenie na udział w wyjeździe stypendialnym w dalekim kraju o trudnej do zapamiętania nazwie. Lina z rozbawieniem przekonała się o niezwykle praktycznym wykorzystaniu magii w sztuce perswazji ludzi pozbawionych mocy, gdy bez żadnych przeszkód uzyskała zgodę rektora na zagraniczny wyjazd, co w połączeniu z przesłaniem krótkich wiadomości do przyjaciół, babci i Luny, pozwoliło czarodziejce na całkowitym skupieniu się na edukacji magicznej i rozgryzaniu zagadki Wieku Pustki oraz Fałszywej Równowagi.
Zelgadis nadal obstawał, aby ich posunięcia i dochodzenie prowadzone na własną rękę, było nie było, dotyczące tematyki tabu w Krainie Równowagi, pozostało w tajemnicy nawet przed Philionelem. Filia, wciąż będąca w szoku po usłyszeniu teorii o tworzeniu nowych nurtów, zaczęła popierać to podejście z większym przekonaniem niż wcześniej, chociaż niechętnie patrzyła na coraz częstsze opuszczanie bezpiecznych murów dworku przez Linę, która to z kolei coraz bardziej wypatrywała kolejnej okazji do poznania kolejnych zakątków Eques. I tym razem, podobnie jak w przypadku Cieleth, była absolutnie zachwycona widokiem rozpościerającym się przed jej oczami.
Chociaż stawiała kroki po powierzchni pozbawionej magii, w odległości mniej więcej pół kilometra widziała wyładowania energetyczne towarzyszące burzy czystej mocy na tle wysokich, zielonych szczytów.
Było to miejsce nienasączone mocą, jednak wykonanie jednego nieprawidłowego ruchu mogło się zakończyć śmiercią pośród szalejącego żywiołu energetycznego.
Zupełnie jakby się znajdywała w oku cyklonu…
Tak właśnie wyglądało wejście do Vun Geas, jednego z niemagicznych Rejonów należących do granic Eques, kolejnego miejsca, które w trakcie swoich wieloletnich badań odwiedził Czerwony Kapłan Rezo.
- Czego się spodziewasz po wizycie w Vun Geas? – zagadnęła Lina po kilkuminutowym marszu wydeptaną dróżką wzdłuż krystalicznie czystego potoku. – Następnego punktu, jak tego z Barahesi?
- Nie tym razem – odparł Zelgadis, nie zwalniając tempa. – Odwiedziłem jeszcze inne Barahesi na granicach z pozostałymi wymiarami, wszędzie odnalazłem ten sam punkt energetyczny z tym samym symbolem. Raz towarzyszyła mi Filia i potwierdziła moje przypuszczenia. To są pewnego rodzaju punkty dostępu. Najwidoczniej do stworzenia nowych nurtów potrzebna jest ogromna porcja energii. I Ruelzhan, poruszając się po całym Eques, najprawdopodobniej czerpią dodatkową moc właśnie z tych punktów. Umieszczenie ich w środku Baharesi jest wręcz genialne. Burza mocy stanowi dodatkowe źródło energii, względem której ten punkt zachowuje się jak adapter, przetwarzając surową moc na taką, z której mogą korzystać Ruelzhan. A jednocześnie dla większości Strażników dotarcie do środka Baharesi jest wręcz niewykonalne. Myślę, że te punkty są rozsiane po wszystkich Rejonach, nie tylko Eques. Pamiętasz, jak ci opowiadałem o przypadkach z kopiami Rezo?
Lina kiwnęła głową.
- Uważasz, że Rezo jakimś cudem sterował nimi z Ruelzaar i wykorzystywał do stawiania kolejnych punktów dostępu, tak?
Mężczyzna lekko pokiwał głową.
- Dokładnie. W wielu przypadkach udało się go powstrzymać, ale nie we wszystkich. Zresztą wtedy nie mieliśmy pojęcia, że może chodzić o coś takiego. W każdym razie, wszystkie te punkty znajdują się w miejscach, w sąsiedztwie których występują skupiska ogromnej mocy, a Vun Geas, jak sama widzisz, jest Rejonem niemagicznym. Owszem, można stąd dojrzeć burzę energetyczną, ale nie jest ona związana nurtami z tym miejscem, dlatego też wykorzystanie Vun Geas w podobnym stylu do pozostałych punktów jest niemożliwe.     
- To w takim razie na co liczysz?
- Vun Geas to nietypowe miejsce, niby podlega władzy Eques, ponieważ leży w granicach Krainy Równowagi, ale jest ono całkowicie odcięte od nurtów, więc w praktyce kontrolowanie tego miejsca nie jest takie trywialne. Żyje tu pewna rasa mająca obsesję na punkcie wiedzy magicznej. Większość Strażników unika kontaktu z tymi istotami, ale mamy jednak sytuację wyjątkową.
- Czemu Strażnicy ich unikają? – zdziwiła się czarodziejka.
- Mówiąc najprościej, nie udostępniają swojej wiedzy za darmo. A cena, jakiej żądają, często bywa wręcz niedorzeczna. W dużej mierze bierze się to z tego, że sami Episti, tak nazywa się ta rasa, nienawidzą istot mogących się posługiwać magią. Episti są tak jakby zbudowani z magicznej materii, jednak sami nie mogą kontrolować przepływu mocy tak jak magowie, dlatego zwykle osiedlają się z dala od nurtów, przez które co potężniejsi Strażnicy mogliby ich kontrolować. Do tego średnia ich życia wynosi około dziesięć lat, co stanowi ich następny powód niechęci do innych ras.
- Aha, czyli spodziewasz się, że będą coś wiedzieli o Praprzyczynie – odparła dziewczyna z błyskiem w oku.
Zelgadis ciężko westchnął.
- Ech… Bez względu na to, jak to nazwać, te punkty dostępu są strzeżone przez pieczęć zasilaną mocą, której nie znam ani ja ani Filia. Jeżeli gdziekolwiek istnieje wzmianka o rodzaju mocy, którego nie znamy, znajduje się ona w posiadaniu Episti. 
- Czyli Praprzyczyna – podkreśliła nieugięcie rudowłosa. – Mówię ci, Zel, że Rezo odnalazł coś pierwotnego, coś, co całkowicie może zachwiać obecnym spojrzeniem na Równowagę….
- Lina. – Mistrz ziemi spojrzał na nią z pełną powagą. – Nie mówię, że nie masz racji. Ale jednocześnie może to być coś, co nie spowoduje, że istnienie całego porządku Eques stanie pod znakiem zapytania.
Czarodziejka wytrzymała jego wzrok i zniżyła głos.
- Zel, a jeśli to on ma rację? Że faktycznie ta Równowaga jest fałszywa?
- Jeżeli jakimś cudem okaże się to prawdą, wtedy będę się o to martwił – odparł stanowczo.
Lina milczała przez chwilę.
- Oby nie wydarzyło się to szybciej, niż się spodziewasz – dodała. – Ale dobra, dobra, ja już nic nie mówię – dodała od niechcenia, gdy mężczyzna zgromił ją spojrzeniem. – Nie musisz mnie zabijać wzrokiem. A co o tym wszystkim sądzi Rada Seyrun?
- Powiadomiłem ich tylko o lokalizacji punktów dostępu i obecnie pracują nad złamaniem pieczęci, chociaż wszyscy, którzy ją widzieli są jednego zdania, że znanymi środkami nie da się tego wykonać.  Nie mają żadnej konkretnej teorii, chociaż Phil ciągle mnie nagabuje, abym cię przyprowadził na zebranie Rady.
- Czemu ciągle się sprzeciwiasz. Oj, Zeluś, jeszcze Phil pomyśli, że chcesz mnie mieć tylko dla siebie. – Uśmiechnęła się złośliwie i lekko dźgnęła maga łokciem w ramię.
Zelgadis tylko spojrzał na nią lekko poirytowany i bez słowa kontynuował szybki marsz. W jednej chwili zapadła cisza. Trochę zaskoczona tym brakiem reakcji Lina przyjrzała się swojemu towarzyszowi kątem oka, jednak zanim zdążyła wypowiedzieć kolejne słowa, mag zatrzymał się przy ścianie skalnej i przyłożył do niej dłoń.
- Jesteśmy na miejscu – odezwał się po kilku sekundach, gdy w chłodnym kamieniu zaczęły się zarysowywać kształty potężnych wrót prowadzących do siedliska Episti.   

***

Sylphiel jak zawsze się wzdrygnęła, gdy poczuła mroczną obecność w dworku. Chociaż znała Xellossa od ponad czterech lat, wciąż nie potrafiła się przyzwyczaić do tego Mazoku. Świadomość pokładów czystej, surowej mocy Shabranigdo, do jakiej miał dostęp ten Demon, sprawiała, że ilekroć Tajemniczy Kapłan pojawiał się w ich twierdzy, przechodziły ją dreszcze niepokoju.
- Witaj, panno Sylphiel – odezwał się grzecznie, jak tylko zmaterializował się w drzwiach jej lecznicy.
- Och! Pan Xelloss! – odparła z lekko dostrzegalnym drżeniem w głosie. – Co pana tutaj sprowadza?
- Lenistwo i zapominalstwo pewnego Złotego Smoka – odparł z przyjaznym uśmiechem Mazoku. – Nie wiesz przypadkiem, gdzie się wybrała wasza kapłanka Ceiphieda, kiedy powinna być na zebraniu Rady Seyrun?
Uzdrowicielka odłożyła trzymane w dłoniach słoiki i zmarszczyła brwi.
- Zebranie Rady Seyrun? – zdziwiła się. – Przecież przyszła wiadomość, że zebranie zostało przełożone.
Niemal niezauważalnie kąciki ust Xellossa opadły.
- Jaką drogą was o tym powiadomiono?
- Osobiście, przybyła jedna z posłanniczek pana Philionela i powiedziała, że panna Filia ma się natychmiast udać do wymiaru Overworld.
Na moment zapadła ciężka cisza. Sylphiel poczuła, jak cały żołądek jej się kurczy.
- Obawiam się, że wprowadzono was w błąd – powiedział Xelloss, lekko uchylając oczy. – Nikt nie odwoływał zebrania Rady Seyrun. Wygląda na to, że Ruelzhan, którzy przeniknęli w wasze szeregi wykonali swój pierwszy ruch.

***

Teleportacja międzywymiarowa jak zawsze kosztowała ją sporą część energii. Nie było to zbyt mądre posunięcie, jednak posłanniczka Philionela nakazała jej pośpiech, co niestety wykluczało użycie Sali Teleportacji. Jeżeli to, co usłyszała, było prawdą… Jeżeli członkowie Rady Blueriver z wymiaru Overworld naprawdę dokonali znaczącego odkrycia w temacie Ruelzhan… Może wreszcie to wszystko dobiegłoby końca. Z ogromnym trudem udało jej się odbudować swój świat, na nowo zdefiniować powód, aby wciąż strzec Równowagi, który został boleśnie roztrzaskany siedem lat temu. Teraz ponownie czuła coraz bardziej mnożące się wątpliwości. Już od dawna nie uważała ustroju Eques za doskonały, ale rozumiała bezwzględne, oparte na chłodnej, żelazne logice, podejście Przymierza Równowagi. Jak inaczej można było zapewnić względny ład w sześciu podlegającym Ryuzoku wymiarom? Jedyne ustępstwa, na jakie godziły się Demony, dotyczyły spraw Równowagi… Jednak w jej myślach po raz pierwszy pojawiło się pytanie, jak daleko Smoki były gotowe się posunąć, aby zdusić każde, nawet najmniejsze zagrożenie dla porządku w Eques? Ile z tych rzeczy działo się z dala od oczu przeciętnych Strażników? Oficjalnie zabijanie istot obdarzonych potężną mocą było zabronione, ponieważ miało to fatalny wpływ na przepływ nurtów. Z drugiej strony morderstwo istoty będącej naczyniem dla mniejszej ilości energii popełnione w miejscu o znacznym natężeniu mocy czysto teoretycznie byłoby niemożliwe do wykrycia i nie oddziaływałoby to w znaczący sposób na Równowagę… Zaklęła w duchu. Im dłużej myślała o najnowszych odkryciach dotyczących Ruelzhan, tym więcej dojrzewała niespójności, na które wcześniej nie zwracała uwagi. Czy naprawdę istniała możliwość, że to grupa zbierająca się pod przewodnictwem Czerwonego Kapłana miała słuszność?
W jednej chwili się stanęła w miejscu. O czym ona myślała? Jak w ogóle mogła się w jej umyśle pojawić tak irracjonalna myśl? Jak ludzie… Nie. Jak takie potwory nie wahające się przed zamordowaniem dla własnego zysku mogłyby mieć rację? To było absolutnie niemożliwe…
Pogrążona w myślach o wiele za późno zauważyła, że popełniła błąd. Wykonując teleportację międzywymiarową, nie mogła się bezpośrednio przenieść na teren głównej siedziby Rady Blueriver. Najpierw musiała pokonać na piechotę parokilometrowy odcinek drogi, gdzie stopniowo mijała kolejne bariery weryfikujące jej tożsamość i intencje. I jednocześnie było to miejsce, gdzie ktoś o umiejętności tworzenia nurtów, mógł bez trudu wpleść w sieć zaklęć ochronnych cienką, niemal niezauważalną nić teleportacyjną. 

***

Każdy zakamarek jej umysłu wypełniał niepokój. Filia nie trafiła na spotkanie Rady. Oznaczało to jedno, wróg był dużo bliżej niż im się wydawało. Dotarł aż do samego Seyrun. Do tego ciągły brak znaku życia od pana Zelgadisa i panny Liny wywoływał u niej najgorsze przeczucia. Całe szczęście, że Amelia wciąż spała. Nie chciała niepokoić młodszej dziewczyny, a właśnie teraz przyszła Shyllien potrzebowała spokoju jak nigdy wcześniej. Z drugiej strony właśnie tak wyglądało życie Strażników. Długi czas pokoju przeplatał się z momentami, w których jedna chwila słabości mogła wiele kosztować.
Była tak rozkojarzona, że weszła do zbrojowni Gourry’ego bez pukania, co prawie nigdy jej się nie zdarzało.
- O, cześć Sylphiel. Chcesz zobaczyć mój nowy… – Blondyn odwrócił się do niej ze swoim promiennym uśmiechem, lecz jak tylko spojrzał na jej bladą twarz, natychmiast spoważniał. – Co się stało?
- Ja… Właśnie sprawdzałam barierę i chciałam… To znaczy… – W jednej chwili pożałowała,       że tu przyszła. Była Strażniczką, sama powinna być w stanie poradzić sobie ze swoimi wewnętrznymi rozterkami. Jednak w najgorszych chwilach zawsze robiła to samo. Szła do tego, dla którego postanowiła zostać prawdziwą Equeshan.   
- Sylphiel, usiądź – powiedział łagodnie blondyn, jednocześnie odkładając świeżo wykuty miecz i wskazując jej prowizoryczne krzesło obok siebie.
Kiedy spojrzała w te jasne niebieskie oczy, emanujące dobrem i ciepłem, nie była w stanie odmówić. 
- A teraz powiedz mi, co się stało – poprosił, jak tylko zajęła wskazane przez niego miejsce.
- Dzieje się coś złego. Czuję to – wyszeptała. – Nie tylko z Filią… Pan Zelgadis i panna Lina są w niebezpieczeństwie. Nie ma ich już od dwóch dni… Przecież z mocą pana Zelgadisa to nie powinno trwać tak długo. – Z każdym słowem mówiła coraz szybciej. Miała wrażenie, że gdy wreszcie ujmie w słowa skrywane w jej wnętrzu lęki staną się mniej przerażające.   – Sama kopia Czerwonego Kapłana wystarczyła, aby zginęło całe Sairaag. Czy my naprawdę mamy szansę…
- Sylphiel, nic im nie będzie – przerwał jej delikatnie.
Na chwilę powstrzymała cisnący się jej na usta potok słów i ponownie spojrzała mu prosto w oczy, w których dojrzała nowy element. Niewzruszoną pewność wypowiadanych przez niego słów.
- Nic im nie będzie – powtórzył, uśmiechając się. – Zel wie co, robi. I nie pozwoli, aby Linie stała się krzywda. A Lina zadba, aby Zel nie zrobił czegoś głupiego. Oni się rozumieją, Sylphiel. I jeżeli ktoś może odkryć, co knuje Rezoł, to są właśnie oni.
- A jeżeli właśnie tego chce Rezo? Jeżeli chce, aby pan Zelgadis odkrył jego zamysł… Co jeśli… Jeśli porządek, którego strzeżemy nie jest jednak właściwy… Co jeśli Czerwony Kapłan ma… rację? – Kiedy wreszcie wypowiedziała te słowa na głos, poczuła, jak przebiegł ją nieprzyjemny dreszcz. Strażnikom nie było wolno wypowiadać takich słów. Nigdy.
- A czy uważasz, że to, co zrobił Rezoł w Sairaag było właściwe? – spytał bardzo cicho Gourry.
Uzdrowicielka poczuła szczypanie w okolicach oczu.
- Nigdy – wyszeptała.
- Nie znam się na tych magicznych sprawach i tych dziwnych teoriach, które Lina i Zel studiują z takim zamiłowaniem, ale wiem jedno: osoba, która robi takie rzeczy, nie może być dobra. Nawet jeśli to, co chce osiągnąć, jest jej zdaniem dobre.
Nie wiedziała, kiedy z jej oczu popłynęły pierwsze łzy. I zanim się obejrzała, poczuła, jak siedzący przed nią mężczyzna lekko ją obejmuje. Nie było w tym geście litości tylko czyste zrozumienie. Dlatego właśnie na tę jedną chwilę pozwoliła sobie na całkowite okazanie słabości.
- Przepraszam. Przepraszam, że ciągle szukam u ciebie wsparcia, że ciągle jestem tą samą słabą dziewczyną, jaką byłam.   
Jak tylko wypowiedziała te słowa, szermierz delikatnie przyłożył palce do jej twarzy, aby otrzeć jej łzy.
- O czym ty mówisz? – spytał, uśmiechając się ciepło. – Nie jesteś słaba, Sylphiel. A dzięki temu, że tutaj jesteś, mogę nazywać to miejsce domem. Tak samo jak Zel i Filia, a teraz też i Amelia i Lina. Wiesz, jak ważne jest to, że ktoś na ciebie czeka?
Oczywiście, że wiem – pomyślała, chociaż wzruszenie uniemożliwiło je wypowiedzenie jakichkolwiek słów. – Przecież to ty jesteś dla mnie domem.    

***

Od początku wiedziała, że coś jest nie tak. Jedno spojrzenie na twarz Zelgadisa wystarczyło, aby przekonała się o słuszności własnego spostrzeżenia.
- Trzymaj się blisko mnie – nakazał jej cicho.
Vun Geas – środek oka cyklonu, obszar pozbawiony magii, aż mdlił od szalejących, niezrównoważonych nurtów. Na środku ogromnej jaskini o niezwykle bogatej rzeźbie terenu, będącym, jak jej wcześniej powiedział Zelgadis, jedynym miejscem przyjmowania Strażników przez Episti, leżało martwe ciało. Istota nie była ładna. Nieproporcjonalnie wielkie, jaskrawoniebieskie oczy na tle trójkątnej twarzy, pozbawionej uszu i nosa, zastygły w wyrazie bólu i cierpienia. Skóra niewielkiego stworzenia, pokryta gdzieniegdzie piękną, aksamitną sierścią, odbijała światło wytworzone przez liczne wyładowania energetyczne unoszące się nad przeciętą klatką piersiową. Niewątpliwie, właśnie ta moc była źródłem zbierającej się burzy energetycznej.
- Ktoś tu jest – szepnął Zelgadis, dobywając miecza. 
Lina tylko kiwnęła głową i skupiła się nad rozwieszaniem własnej sieci mocy, co wyjątkowo utrudniały niespokojne nurty. Świadomość zagrożenia wzrastała z każdą sekundą. W tej sytuacji, nawet najsilniejszy wojownik Rejonu Varney nie był w stanie się teleportować. Nie znała możliwości Episti, lecz musiały istnieć powody, dla których Strażnicy unikali z nimi konfliktu. A kto uwierzy, że śmierć jednego z nich nie miała nic wspólnego z ich przybyciem?
Nagle coś jej błysnęło tuż przed oczami. Podłużne ostrze tuż obok wykrzywionej grymasem nienawiści i szaleństwa trójkątnej twarzy. Poczuła, jak ktoś ją mocno odepchnął, po czym rozległo się szczęknięcie metalu o metal. Instynktownie wezwała swój płomień, który błyskawicznie pomknął w stronę wrogiego stworzenia. Istota zawyła z bólu, gdy ogień połączył się z żywiołem ziemi.
Po całej jaskini rozszedł się dźwięk uderzenia niewielkiego ciała o skalną ścianę. 
Lina szybko podniosła się z ziemi i w napięciu oczekiwała następnego posunięcia oponenta. Kątem oka dojrzała, jak Zelgadis z zawrotną szybkością ruszył na przeciwnika.
Chwilę później czas zwolnił swój bieg.
Istota ułożyła usta w złośliwym uśmiechu, gdy z jego ciała wydobył się ogromny ładunek energetyczny.
Kiedy czarodziejka ujrzała, że nowo wyzwolona moc łączy się z burzą energetyczną, tworząc nowy nurt, wiedziała, co się za moment stanie.
Nie zdążyła jednak nic zrobić, gdy w jednej chwili pochłonęła ją ciemność.   

***

Gdzieś w najdalszym zakątku najrozleglejszego z wymiarów rozległ się wdzięczny kobiecy głos.
- Panie, odebrałam gwałtowny sygnał z obszaru Episti.
- A więc jednak tam dotarł. To bardzo dobre wieści, Eris – odpowiedział jej głęboki baryton.
- Skąd pewność, że to twój wnuk, panie? – odpowiedziała kobieta o krótko ostrzyżonych ciemnych włosach, podnosząc głowę znad skomplikowanego układu szkła laboratoryjnego, w którym wielobarwne ciecze krążyły z oszałamiającą prędkością – Ta siatka energetyczna pozwala jedynie ustalić, że pułapka została aktywowana, nie osoby, które w nią weszły.
- Z akcji w Cieleth dowiedzieliśmy się, że mój wnuk prowadzi w naszej sprawie dochodzenie na własną rękę. Jeżeli odkrył punkt dostępu w Barahesi, to jego następnym etapem poszukiwań muszą być Episti. A poza tym… - Odziany w szykowne karminowe szaty mężczyzna lekko potrząsnął swoją długą laską zakończoną delikatnymi dzwoneczkami, w rezultacie czego w obserwowanym przez Eris fragmencie szklanej konstrukcji pojawiły się dwie kulki świetła w kolorach zieleni i ognistej czerwieni. – Pozwoliłem sobie lekko zmodyfikować Laer Vendah, aby reagował na kilka konkretnych energii.
Eris, lekko mrużąc pomarańczowo-żółtawe oczy, przyjrzała się dokładniej drobnym sferom światła i uśmiechnęła się ciepło.
- Wciąż nie mogę wyjść z podziwu nad pańskim geniuszem. A więc to energia Zelgadisa… A ta czerwona należy pewnie do...
- Tak. Czerwone światło symbolizuje dziewczynę od Ayneres.
Kobieta przez dłuższy moment wczuwała się w rytm maszynerii.
- A czy przypadkiem nie nakazał pan wszystkim legionom złapanie jej żywej? Podobno chciał pan się spotkać z tą dziewczyną.
- To wciąż nie uległo zmianie – odpowiedział ze stoickim spokojem Czerwony Kapłan.
- Co do Zelgadisa nie mam wątpliwości, ale czy pańska nowa ulubienica będzie w stanie przetrwać burzę czasoprzestrzenną? – spytała z lekką ironią w głosie.
- Nie wiem, Eris. Jednak jakby nie była w stanie tego przetrwać, świadczyłoby to o fakcie, że wcale nie posiada takiego potencjału, o jaki ją podejrzewam.
- A gdy obydwoje wyjdą z tego cało?
Na twarzy mężczyzny pojawił się lekki uśmiech, który sprawił, że ciemnowłosa kobieta mimowolnie zadrżała.
- Wtedy nagrodzę ich wytrwałość i pozwolę im poznać część prawdy, której tak dzielnie poszukują.         
   
***

To było niemożliwe. Absolutnie niemożliwe. A jednak kilkadziesiąt metrów od niej stał  mężczyzna o półdługich włosach, w morskim odcieniu, opadających na muskularne ciało skrytym pod białą szatą. Otaczająca go mordercza aura była identyczna jak siedem lat temu. Dokładnie tak jak wypełnione nienawiścią, utkwione w niej złote oczy.
- Val… gaarv? – Paraliżująca umysł pustka pozwoliła jej na wydobycie z siebie jedynie tego jednego słowa. 
- Witaj, Filio. – Rozległ się  zachrypnięty, najwidoczniej wciąż nieprzyzwyczajony do mówienia, lodowaty głos.
- Jak to… Jak ty… – Mijały kolejne sekundy,  do jej mózgu stopniowo powoli dochodziło coraz więcej bodźców, chociaż wciąż nie była w stanie sformułować pełnego zdania.
- Poznałem prawdziwą Równowagę. Uwierzyłem, zanim zrobiło się za późno. Sama widzisz, że to, co miało być niemożliwe, stało się możliwe. Widziałaś, jak zostałem wyklęty do Ruelzaar, a teraz stoję tuż przed tobą. To się dzieje na naszych oczach. Prawdziwa Równowaga powraca.  – Im dłużej mówił, tym bardziej do niej dochodziło, że to wszystko działo się naprawdę.
- Val… To naprawdę ty? – Chociaż cała drżała, zrobiła kilka kroków w jego stronę. Uczucia i wyrzuty sumienia, które pogrzebała głęboko w sercu siedem lat temu, powoli przejmowały nad nią kontrolę, biorąc górę nad zdrowym rozsądkiem.
Ile razy sobie wyobrażała, że udało jej się go zobaczyć przed egzekucją raz jeszcze? Ile razy marzyła o tym, aby go uściskać po raz ostatni? Ile razy żałowała, że nie zginęła tego dnia wraz z nim?
Stanąwszy tuż przed nim, wyciągnęła przed siebie drżącą dłoń. A gdy stojący przed nią mężczyzna nie uczynił żadnego uniku, delikatnie dotknęła jego policzka. Spojrzenie mężczyzny na moment złagodniało, gdy z jej oczu poleciały pierwsze łzy.
- Tak bardzo chciałam zobaczyć cię raz jeszcze… Wrócić do tych odległych lat, kiedy razem marzyliśmy o nowej Równowadze – wyszeptała.
- Nowa Równowaga nadeszła. Członkowie Rady Przymierza zostaną skazani na zagładę, ale dla ciebie wciąż nie jest jeszcze za późno, Filio. – Lekko przyłożył swoją dłoń do dłoni Smoczycy przyłożonej do jego policzka.   
- Val, dla tej nowej Równowagi zabiłeś pana Armace’a i wielu innych Strażników. Dla tej nowej Równowagi prawie zabiłeś i mnie. Jak mogłabym twierdzić, że twoja Równowaga jest dobra? – spytała, szlochając.
- Musiałem ich zabić. Oni mordowali, Filio. W wymiarze Overworld była usytuowana rzeźnia odpadów magicznego społeczeństwa uznanego za wroga Równowagi. Ale, oczywiście, jako ulubienica Milgazii, jak mogłabyś mi uwierzyć? Dużo łatwiej było ci uwierzyć w to, że oszalałem, czyż nie? 
W jednej chwili poczuła, że zaczyna jej się robić słabo. 
- Zanim przybyłaś, doszło do masowej ucieczki z kompleksu, gdzie te wszystkie biedne istoty były przetrzymywane. Miały zbyt małą moc, aby uzasadnić wyklęcie do Ruelzaar, jednak ich zabicie w jednym momencie wywołałoby zakłócenie nurtów. Dlatego brano ich parami, Smoki i Mazoku, gdyż odkryto, że gdy dojdzie do anihilacji dwóch istot o przeciwnej naturze w tym samym czasie, obie energie się zrównoważą, nie dając tym razem początku magii tworzenia, tylko całkowicie się zneutralizują. Pewnie podobnie byłoby z panem Gaavem i ze mną, z tymże obaj byliśmy zbyt silni.
- Z Gaavem? Smokiem Chaosu Gaavem? – powtórzyła za nim tępo. Czy jej brat…
- Tak, jemu przypisano zamordowanie części istot więzionych w kompleksie kilka lat wcześniej. Było to niesamowicie wygodne posunięcie. Za jednym zamachem pozbyli się słabszych wrogów Równowagi, a najpotężniejszego z nich wysłali pod tym pretekstem do Ruelzaar. Gdy doszło do skazania pana Garvaa, rozpocząłem dochodzenie na własną rękę. I oczywiście, szybko odkryłem prawdę. Armace zamierzał oskarżyć mnie o morderstwo uciekinierów z kompleksu. Miałem być drugą częścią cudownego planu pozbywania się odpadów doskonałego ustroju Eques, lecz ja dopadłem ich, zanim oni dopadli mnie. Niestety, nie doceniłem Armace’a, który już wcześniej zaczął mnie szkalować w oczach całego Przymierza. Później zjawiłaś się ty, a potem ten szurnięty Kapłan…
Słuchała tych słów, jak zahipnotyzowana. Przecież tamtej nocy Valgaarv był po prostu szalony… To nie mogła być prawda... Val po prostu całkowicie postradał zmysły...
- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – spytała, zanim jej ciałem wstrząsnął kolejny szloch, próbując nie pokazywać swoich prawdziwych myśli.
- Byłaś zbyt blisko Milgazii, nigdy byś mi w to nie uwierzyła.
- Więc dlaczego mówisz mi o tym, teraz?
- Bo Czerwony Kapłan powiedział, że współpracujesz z jego wnukiem. A on jako jedyny ma narzędzia, aby poznać prawdziwą istotę Równowagi, aby ją zrozumieć. Dlatego uważa, że teraz istnieje jedyna szansa na to, że przejdziesz na właściwą stronę. Te kilka lat temu wolałem cię zabić niż pozwolić ci żyć w świecie rządzonym przez fałszywą Równowagę. – Przyłożył obie dłonie do jej policzków i spojrzał jej prosto w oczy. – I jeżeli nie zmienisz zdania, tym razem naprawdę cię zabiję, siostro. Jej przebudzenie jest bliskie. Jak Ona naprawdę powróci do Eques, wszystkich jej przeciwników czeka zagłada. A od jej gniewu lepsza jest śmierć tu i teraz.
Jej niebieskie oczy gwałtownie się rozszerzyły.
- Jaka „ona”?
- Czerwony Kapłan daje ci miesiąc na podjęcie decyzji – odparł, po czym wykonał kilka kroków do tyłu. W okamgnieniu otoczyła go złocista, potężna aura.
- Val… Val, zaczekaj! – zawołała, jednak jej brat, nie zwracając już na nią uwagi, zniknął.
Ponownie znalazła się na drodze prowadzącej do głównej siedziby Rady Blueriver.
- Val…  – jęknęła i opadła na kolana.
- A więc Valgaarv powrócił do świata żywych, tak? – Tuż za jej plecami rozległ się dobrze znany jej głos.
Drżąc na całym ciele, odwróciła głowę, aby spojrzeć w szeroko rozchylone ametystowe oczy.

***

Ogień. Nie ciepły i bezpieczny, tylko szerzący cierpienie i destrukcję. Płacz i strach przed tym, co miało za chwilę nastąpić. Morze krzyków, spośród których rozpoznała swój własny.     
Jej serce biło tak szybko, tak trudno jej było złapać oddech. Wiedziała, że musi uciekać. Oni byli tuż za nią. Bez trudów rozpoznała te kroki. Kroki zbliżającego się kresu.
W jednej chwili pojawiła się świadomość, że ucieczka jest niemożliwa. W końcu kto może uciec samej śmierci?
Potknęła się i zaczęła spadać. W dół. W dół. W dół.
W jednej chwili sceneria się zmieniła.
Z trudem otworzyła oczy i półprzytomnie rozejrzała się wokoło.
Sięgające jej oczu słoneczniki kołysały się leniwie w porywie ciepłego, letniego wiatru. Przyjemnie grzejące słońce co chwila skrywało się za kolejną chmurą. Gdzieś w tle pobrzmiewały cykady na tle nocnego nieba. Czuła krople deszczu delikatnie muskające jej ciało. Smak kartofli polewanych ciepłym mlekiem od świeżo wydojonej krowy wypełnił jej usta. Gwałtowny wiatr ponownie przeganiał chmury. Poczet mrówek unosił rozkładającego się konika polnego…
Radość spotkania. Ból rozstania. Niespełniona obietnica.
Płacz dziecka. Zbyt wielka moc. Niszcząca wszystko, co bliskie.
Trzeba chronić. Aby chronić trzeba rozdzielić. Dopóki nie przyjdzie właściwy czas.
A gdy wskazówka wskaże północ, kamień znów wpadnie do rzeki przeznaczenia.
Czas przestał istnieć. Były tylko nieznane słowa, zapomniane obrazy i niewyraźne wspomnienia. Nowy nurt odmienności, który bezlitośnie wypełnił całe jej istnienie.

***

- Proszę, proszę, a więc burza nurtów przekształciła się w burzę czasoprzestrzenną. – Niekryjący satysfakcji głos Guesha niósł się lekkim echem po skąpanej w ciemności świątyni. Jego przenikliwe zielone oczy były utkwione w jedynym źródle światła w majestatycznej budowli – Zerra Lumosis, jednym z magicznych instrumentów podarowanych mu przez samego Czerwonego Kapłana, służącego do wykrywania zaburzeń przepływu energii w strategicznych punktach Eques. Jak większość szpiegowskich wynalazków jego dowódcy, działanie Zerra Lumois opierało się na  tworzeniu maleńkich nurtów, które odbierały wszelkie zmiany w zachowaniu miejscowych strumieni energetycznych i przekazywały sygnał zwrotny do rezonującej z nimi głównej części maszynerii.
- O czym pan mówi, panie Guesh? – spytał zdezorientowany Ramulez, jeden z jego najbliższych podkomendnych   
- Widzisz to miejsce? – spytał ksiądz, wskazując palcem najintensywniej pulsujący punkt w sferze, stanowiącej „monitor” Zerra Lumosis. – To teren Episti. Miejsce, gdzie Czerwony Kapłan spodziewał się ujrzeć Szarego Wilka. – Sięgnął za pazuchę fioletowej szaty ceremonialnej i wyciągnął kolejnego papierosa. – A te pulsacje oznaczają, że nasz cel pojawił się dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. I co więcej, towarzyszy mu nasza zguba – panienka od Ayneres. 
- Czy to znaczy, że Szary Wilk w padł w naszą pułapkę? – spytał z ostrożnym entuzjazmem chłopak.
- Nie do końca...  – Guesh zrobił efektowną przerwę na zaciągnięcie się papierosem. Kąciki jego ust nieznacznie się uniosły, gdy ujrzał młodzieńcze podniecenie w brązowych oczach Ramuleza. – Naszym zamiarem było złapać ich w pułapkę nurtów. Zupełnie odciąć ich od Eques i poczekać na przyjście Czerwonego Pana. Tam zaś… - Wydmuchał dym. – Nie jestem w stanie powiedzieć, co się tam dokładnie stało, ale teraz w Vun Geas szaleje burza czasoprzestrzenna. 
- Burza… czasoprzestrzenna?
- Normalnie, gdy ścierają się nurty o ogromnej intensywności dochodzi do burzy energetycznej. Natomiast raz na milion przypadków może dojść do powstania burzy czasoprzestrzennej. W wirze energetycznym tworzy się nowa przestrzeń, nowy czas… Tylko nielicznym udaje się stamtąd wydostać.   
- Czy to oznacza, że Szary Wilk…  – W spojrzeniu Ramuleza pojawiła się nadzieja. – Umrze?
Na twarzy Guesha pojawił się ironiczny uśmiech.
- Prawdopodobieństwo jest niezwykle wysokie. A już na pewno wątpię, aby panienka od Ayneres to przeżyła. Tym razem nie będzie mogła liczyć na pomoc Szarego Wilka.
- Ale czy pan Rezo nie nakazał złapania jej żywej?
- To… - Ponownie wydmuchał dym. – …już nie jest nasz problem. Jednak gdyby jakimś cudem Szary Wilk wyszedł z tego cało, będzie niesamowicie osłabiony. A takiego momentu nie wolno zmarnować. Wykorzystamy ten moment, aby go zmiażdżyć. – W zielonych oczach błysnęła rządza krwi. – Zbyt długo ingeruje w nasze plany. Musimy go wreszcie unicestwić.
- Ma pan na myśli bezpośrednie starcie? – Na twarzy młodzieńca pojawił się strach. – Ale przecież pani Elsevien stanowczo odradzała bezpośrednią walkę z Szarym Wilkiem. Dlatego właśnie wprowadza w życie swój plan tak ostrożnie…
- Ramulezie, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – W głosie Guesha pobrzmiewała irytacja. – Burza czasoprzestrzenna jest w stanie osłabić, o ile nie unicestwić, nawet największego wojownika w wymiarze. I nie zamierzam zmarnować takiej szansy. Jeżeli zaś chodzi o Elsievien…
Elsevien… Zaczynał poważnie wątpić w skuteczność jej działania. Ta kobieta była z pewnością pełna uroku i doskonale panowała nad swoimi emocjami. Tak dobrze, że on sam nie potrafił ostatecznie określić, czym się kierowała brązowowłosa piękność. A nigdy nie ufał ludziom, jeżeli nie wiedział, co dokładnie tkwi w ich umyśle. Nie miał wątpliwości, co do faktu, że była Equeshan nienawidziła Fałszywej Równowagi tak samo ja on. Obserwował ją dużo uważniej niż innych nowych popleczników. I w tych rzadkich chwilach, kiedy chociaż w najmniejszym stopniu jej zwyczajny styl bycia odbiegał od normalności, dostrzegał w jej oczach czystą nienawiść. Właśnie ta nienawiść, tak dobrze znana mu emocja, sprawiała, że nazywał ją sojusznikiem, chociaż nigdy by jej nie nazwał towarzyszem broni. Dostarczyła im wiele cennych informacji. Doskonale też pełniła rolę szpiega w samym Seyrun. Jednak wciąż wyczuwał w niej coś niepokojącego, coś, co sprawiało, że ciągle miał się wobec niej na baczności. Z drugiej strony obecnie nie miało to żadnego znaczenia. Teraz liczyło się tylko jedno. Sprawić, aby bicie serca Szarego Wilka ustało raz na zawsze.

***

Z uśmiechem, tak perfekcyjnie potrafiącym imitować szczery wyraz twarzy, doskonalonym przecież przez całe lata, dodała ostatnią nić zaklęcia. Aura otaczający magiczną konstrukcję idealnie naśladowała echo magiczne spotykane po zastosowaniu śmiercionośnych zaklęć Szarego Wilka.  Nareszcie jej żmudny plan był o krok od uwieńczenia. Wystarczyło tylko, aby jeden element znalazł się na swoim miejscu. Ale już niedługo… Wystarczy jeden nieostrożny ruch i jej wysublimowany czar zostanie aktywowany. Przebywała w Seyrun już wystarczająco długo, aby zebrać fragment energii należącej do każdej ważniejszej osobistości w stolicy świata Varney. Miała już wszystko, czego potrzebowała, aby wprowadzić w życie swój własny plan.
Najpierw jednak chciała zobaczyć najprawdziwszy lęk w tych znienawidzonych szafirowych tęczówkach.
Ale spokojnie…
Na wszystko… przyjdzie… czas…


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#169 2015-12-04 14:54:05

 Meitsa

Lord Mazoku

Skąd: Scotland/Poland
Zarejestrowany: 2011-05-24
Posty: 2281
Punktów :   
WWW

Re: Rezonans

No to jedziem!
Jak do tej pory jest to chyba mój ulubiony rozdział. Przeczytałam go 2 tygodnie temu i pamietam uczucie napiętej atmosfery, które mi towarzyszyło. Teraz sie dzieje! Mamy intrygę! Cały czas bohaterowie zdają sie być wodzeni za nos i zaczynają za to płacić. Ogólnie bardzo mi sie podoba jak prowadzisz cała fabułę, bo nie podajemy wszystkiego na tacy i ciagle mamy coraz wiecej pytań niż odpowiedzi.
Bardzo pozytywne wrażenie wywarło na mnie spotkanie Vala z Filią. Zaskoczyło mnie to co do niej powiedział i teraz tak sie zastanawiam czy Rezo chce przywołać energię Pani Koszmarów, która połączy wszystkich w Morzu Chaosu i wszystko bedzie jednością. W końcu wydaje mi sie to być jedyną alternatywą dla obecnej Równowagi gdzie są jakieś podziały.
A Lina w burzy czasoprzestrzennej na pewno coś odkryje i kto wie czy nie zobaczy początku powstania wszechświata. W każdym razie to mi przyszło na myśl gdy jej zmysły zaczęły odbierać jakieś impulsy.
Swoją droga jestem ciekawa, z którymi fragmentami miałaś problemy, bo najbardziej chyba mogę sie przyczepić do momentu gdy Sylphiel szukała wsparcia u Gourriego. Wczułam sie mocno w jej sytuacje i bardzo mi brakowało większego zaangażowania od mężczyzny. Chciałam wręcz krzyczeć "przytul ją mocno do siebie, idioto!" ja na miejscu Sylphiel byłabym cholernie zagubiona i szukalabym otuchy u kogoś bardzo zaufanego i taka osoba, wie ze może czasami cieżko dobrac słowa, ale dotyk i milczenie może naprawdę pomoc, więc mimo tego co powiedział, powinien ją przytulić mocno do siebie dając jej poczucie bezpieczeństwa i tego, ze nie jest z tym sama. Może nawet poglaskac po głowie. W każdym razie ja bym tego oczekiwała w chwili mocnego zwiatpienia i wcale nie musi to być romantyczny moment.
Myślałam jeszcze nad innymi uwagami co do całego fanfika i nasuwa mi sie myśl, ze musisz bardziej skupić sie na kreacji własnych postaci, bo tak naprawdę nie zostają w pamięci. Wiem, ze są jakieś nowe postacie, ale nie potrafię ich polubić i wszystkich wrzucam do jednego wora pod tytułem "ci źli" lub "ci co chcą zemsty". Wydaje mi sie, ze musisz im dać większa paletę cech, bo dla mnie są czarno-biali, a nie w odcieniach szarości, bo człowiek nigdy nie bedzie zupełnie dobry lub zły dlatego wlasnie możemy utożsamiać sie z bohaterami. Jak dla mnie najlepszym przykładem skupienia sie na własnych bohaterach jest "Droga donikąd", bo bardzo polubilam ludzi z miasteczka, który w swoim zachowaniu byli bardzo ludzcy i wiarygodni. No właśnie, musisz pamietam, ze twoje postacie muszą być wiarygodne!


Nadworny zboczeniec forumowy <3

Offline

 

#170 2015-12-09 22:18:01

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

Jejku O.O Jaka duuuża recenzja! Dzięki wielkie! Bardzo mnie cieszą Twoje odczucia, właśnie taki efekt chciałam otrzymać, a przy wprowadzaniu kolejnych zmian traciłam wiarę, że uda mi się coś takiego osiągnąć. Przyznam szczerze, że przed przeczytaniem tego komentarza serce mi mocno biło.
Jedną ze scen, których odbiór mnie martwił było właśnie spotkanie Vala z Filią. Jest to jeden z ważniejszych punktów zwrotnych i mocno się obawiałam reakcji czytelnika, wiec tym bardziej mnie cieszy Twoja pozytywna opinia W temacie Twoich domysłów mogę powiedzieć tylko, że jestem pod wrażeniem i że są bardzo dobrze osadzone w dotychczasowej historii, ale nie przytaknę i nie zaprzeczę. Powiem tylko, że ziarno prawdy w tym jest
Z fragmentem Sylphiel i Gourry'ego trafiłaś w sedno. Ten moment pisałam trzy razy. Najpierw dochodziło do większych "zbliżeń", z których potem się wycofałam, bo nie chciałam wciskać na siłę zbyt tkliwych momentów, ale jeżeli chciałaś krzyczeć na Gourry'ego, to lekko zmodyfikuję tę scenę, aby była zgodna jednak z moimi pierwotnymi odczuciami Mędziłam też z momentem pojawienia się Rezo. W pierwszej wersji wywiązał się dialog, który zbyt wiele podawał na tacy. Z jednej strony mam świadomość, że zbliżam się do 60 000 słów, 200 strony w wordzie i wreszcie powinnam przekazać konkretniejsze informacje, ale nie pasowało mi to do narracji historii. Z tym własnie walczyłam ze dwa miesiące.

A zarzut dotyczący moich OC jest bardzo słuszny! Przyznam, że dotychczas patrzyłam na nich bardziej jak na narzędzia służące do pokazania nowych emocji  "dobrych"bohaterów" i wykorzystywałam sceny z nimi w celu zarysowania zagrożenia, które mocno wierzy we własne racje. Większe rozwinięcie tych postaci planowałam trochę później, bliżej bardziej zaawansowanych starć, do których powoli się zbliżam. A więc Twoja uwaga jest bardzo, ale to bardzo słuszna.

Straaasznie Ci dziękuję za tak dokładną analizę tego fika. Wiem, że powtarzam to za każdym razem, ale daje mi to ogromnie wiele!


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

#171 2017-02-22 11:30:54

 Rinsey

Kapłan Mazoku

Zarejestrowany: 2011-08-23
Posty: 258
Punktów :   

Re: Rezonans

To był baaardzo długi poród, ale wreszcie wszystko wyszło

Rozdział 12
W cieniu prawdy

Zimny, niosący ze sobą pierwsze znamiona nadchodzącej zimy, wiatr zakołysał pożółkłymi od jesiennej aury liśćmi, odsłaniając litery wyryte na szarym, ociosanym kamieniu.
Nekash Zangh’s, ukochany brat i przyjaciel
Śmierć w świecie Equeshan nawet w czasach pokoju następowała nagle i nieoczekiwanie.  Jego brat nie był wyjątkiem. Jednego wieczoru grali w karty, śmiejąc się i opowiadając sobie zbereźne historie, a następnego poranka poinformowano go, że po Nekashu nie pozostało nawet ciało, które mógłby pochować. A wszystko na skutek niekontrolowanego wybuchu mocy chłopaka będącego wnukiem samego Czerwonego Kapłana. Upojony mocą wpadł w szał magii i dopiero przybycie Filara Rejonu Varney pozwoliło na zapanowaniem nad żywiołem ziemi. Niestety, nim przybył Philionel El di Seyrun, przy starciu z nieokiełznaną potęgą zginęło kilkunastu Strażników, a w tym jego jedyny brat.
Już wtedy zaczął powątpiewać w system panujący w Eques. Kto odpowiadał za to wszystko? Kto wysłał na pewną śmierć młodych, mało doświadczonych wojowników do stłumienia krwi sławetnego Rezo? Czemu Shyllien dotarł tam tak późno? Te i wiele innych pytań targało nim, gdy coraz bardziej pochłaniała go rozpacz.
I właśnie wtedy poznał Visennę. Mało urodziwą Ryuzoku o ciętym języku i pięknym sercu, które na nowo nauczyło go miłości do życia. Nim się obejrzał, był zakochany po uszy i oczekiwał narodzin swego dziecka. Jak się okazało później, dzień, który miał być pełen radości, stał się początkiem koszmaru.
Nigdy nie usłyszał pierwszego krzyku. Uzdrowicielka-położna, jedyna osoba wtajemniczona w ich relację, nigdy nie zamierzała pomóc w przyjściu maleństwa na świat. Bez ich wiedzy powiadomiła władze Rejonu Varney o możliwości pojawienia się w Krainie Równowagi istoty mogącej negatywnie wpłynąć na przepływ nurtów.
Gdy odczytywano mu zarzuty, zgodnie z którymi dopuścił się zdrady, w rezultacie czego obydwoje z Visenną mieli zostać skazani na śmierć, zaczął się śmiać. A więc tak wyglądała Równowaga, której chronił? Dla takiego ustroju zginął jego młodszy brat? A więc był jedynie głupcem, nic nie znaczącą marionetką w rękach Przymierza Równowagi?   
Wraz z ostatnim krzykiem Visenny jego śmiech zmienił się w płacz.
Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?! Dlaczego?!! Dlaczego?!!!
Dlaczego karą za miłość była śmierć?!
Co to za popierdolona Równowaga, której zagroziłoby przyjście na świat niewinnego dziecka?!
Co z tym pierdolonym światem było nie tak?!               
Usłyszał odpowiedź na swoje pytanie. Niedługo po tym, jak Czerwony Kapłan po dokonaniu rzezi jego oprawców, wyciągnął do niego rękę, przepraszając, że przybył zbyt późno, aby uratować jego ukochaną. 
Chwycił tę dłoń, obiecującą jedyną rzecz, na jakiej mu jeszcze zależało. Zemstę, zniszczenie tego chorego systemu, który sprowadził na niego i wielu innych tylko śmierć i cierpienie.
Został jednym z Generałów Czerwonego Kapłana, aby pomóc mu wprowadzić wielki i misterny plan w życie.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił dla grupy, nazywanej później przez niektórych Ruelzhan, było założenie bazy na terenie starego, opuszczonego kościoła w jednym z niemagicznych Rejonów. Podjął tę decyzję, jak tylko stanął na jednym ze wzgórz otaczających zapomnianą świątynię. Każdy z pobliskich nagrobków był zniszczony, obrośnięty mchem i porostami, jednak dochodzący do jego nozdrzy zapach lilii i świeżo zapalonych zniczy był dowodem, że to jest właściwe miejsce. Przychodzący tu ludzie pamiętali. Tyle wystarczyło, aby zechciał tu pozostać.   
- Panie Guesh! Burza czasoprzestrzenna…
Zaalarmowany głos Ramuleza przywołał go do rzeczywistości.
Wreszcie zbliżała się chwila, na którą czekał.  Wreszcie mógł zabić Szarego Wilka. Tego, który był tak wielką czasową inwestycją Czerwonego Kapłana, a zawiódł wszelkie pokładane w nim nadzieje. Nie potrafił zrozumieć otaczającego go kłamstwa, jakim była Kraina Równowagi. Zamiast ich zbawcą stał się narzędziem wroga, które mogło wypaczyć cały plan Rezo. A jeśli wreszcie zyskał kontrolę nad swoją zatrważającą mocą kosztem życia jego brata, a nie zamierzał jej wykorzystać do zniszczenia fałszywego ustroju Eques, powinien umrzeć.
Raz jeszcze spojrzał na epitafium na prawo od nagrobka Nekasha.
Visenna i ……. Zangh’s 
Miłość i światło mojego życia
       
Biel świeżych lilii odbijała światło dwóch niewielkich, fioletowych zniczy. Wiatr raz jeszcze wprawił w ruch zmarkotniałe, pożółkłe liście, które zatańczyły wokół kamiennej płyty, po czym opadły bezwładnie na ziemię.     
   
***

Burza czasoprzestrzenna, zjawisko, w którym pośród bezładnie zderzających się ze sobą strumieni mocy, dochodzi do niezwykle rzadkiego fenomenu – do powstania nowych nurtów. A gdy w morzu chaosu rodzi się nowy nurt, zostaje powołany do życia żywioł pochłaniający wszystko, co napotka na swej drodze.       
Nieregularna bryła szalejącej mocy rosła z sekundy na sekundę. Bez ustanku pochłaniała coraz większy teren, wydając z siebie przeraźliwy jęk, ni to ludzki ni zwierzęcy. To był już koniec. Vun Geas wydawało właśnie ostatnie tchnienie.
Jednak w pewnym momencie całą okolicę wypełniła obezwładniająca obecność zielonkawej energii. Po okolicy rozszedł się przerażający świst, gdy dwa żywioły zaczęły się ze sobą ścierać. Ziemia zaczęła drżeć pod wpływem rykoszetów czystej, surowej mocy tworzenia. Nie wiedzieć kiedy, obszar zajmowany przez burzę czasoprzestrzenną przestał się rozszerzać.  Krok po kroku, powoli, powolutku bryła zaczęła się kurczyć. Niszczycielska siła z wielkim oporem powracała do stanu uśpienia. A gdy po wreszcie wszystko uległo rozproszeniu, w pozostałościach po jaskini, wejścia na teren Epistich pozostała jedynie ubrana na szaro sylwetka.
- Lina? – Chociaż ciężko dyszał i poruszał się z wyraźnym wysiłkiem, podszedł do leżącej nieopodal niego nieprzytomnej dziewczyny. – Lina!
Uklęknął i natychmiast podniósł ją do pozycji półsiedzącej, podpierając ją ramieniem.
- Cholera jasna! – krzyknął, jak tylko spróbował wejść w jej wewnętrzny nurt. Udało mu się wycofać prawie całą burzę czasoprzestrzenną. Prawie. Wszystko poza kawałkiem, który wniknął do wnętrza rudowłosej czarodziejki.   
- A'deasail. – Nagle do uszu wycieńczonej chimery doszło ciche przywitanie.
Zelgadis przycisnął do siebie mocniej bezwładne ciało dziewczyny i skupił uwagę na    wyrażających jednocześnie lęk i współczucie tlących się w nieproporcjonalnie wielkich, jaskrawożółtych oczach na tle trójkątnej twarzy, pozbawionej uszu i nosa. Piękna, aksamitna sierść niewielkiego stworzenia odbijała resztki wyładowań energetycznych, pozostałych po ekspansji mocy Strażnika.
- A'deasail. – Zelgadis powtórzył wyuczone wiele lat wcześniej starożytne pozdrowienie, jednak nie wycofał swojej mocy, wciąż czekającej na jego najmniejszy gest, aby siać śmierć i zniszczenie.
- Nie jesteśmy twymi wrogami, Terramistrzu – powiedział gardłowym szeptem Episti. – Tak jak pośród Equeshan dochodzi do zdrady, tak też i niektórym pośród nas Czerwony zatruł umysły.
- Mogłem się tego spodziewać – powiedział szybko Strażnik, z powrotem skupiając się na nieprzytomnej czarodziejce.   
- Nie pomożesz dziewczynie, Terramistrzu. W jej wnętrzu wciąż szaleje fragment burzy czasoprzestrzennej. Może już dziewczyna nie znajduje się w jej środku, lecz ten fragment wciąż ma we władzy jej moc i istnienie. Chociaż trzymasz jej ciało, jej wnętrze wciąż znajduje się w wymiarze psychiczno-magicznym, który można opuścić jedynie od wewnątrz.
- Nie mów mi tego, co sam wiem! – warknął Zelgadis, w jednej chwili wbijając rozwścieczone spojrzenie w niewielkie stworzenie. – Jesteście Episti, badaczami magicznej materii, powiedz mi do jasnej cholery coś, czego bym nie wiedział! 
- Przykro mi. Jak prawdą jest to, że imię me brzmi Adreenu, nie posiadamy potrzebnej ci wiedzy – zarzekł się stwór, spoglądając z przestrachem na Equeshan, który na moment zastygł w bezruchu.
- Ukryj się gdzieś. Szybko – wysyczał Zelgadis.
- Cóż się dzieje, Terramistrzu? – spytał zalękniony Episti, widząc niepokój na twarzy najpotężniejszego wojownika wymiaru Varney.
- Oni nadchodzą.         

***

Była głęboko. Głęboko pod warstwą istnienia. Nie była już pewna niczego. Nie wiedziała, gdzie zaczyna się jej kształt, a gdzie kończy. Była już tylko energią. Energią składająca się z nurtów. A nurty przecież krążyły swobodnie dookoła osi przeznaczenia, nie było powodu utrzymywać tej skorupy. Kształt był tylko granicą istnienia. A granice nie były dobre. Granice należało pokonywać. Trzeba było robić wszystko, aby uwolnić się od więzów egzystencji. Kształt był przeszkodą, którą należało unicestwić, stać się jednym z nurtów i porzucić świadomość. Ś.w.i.a.d.o.m.o.ś.ć. Słowo. Kolejne, które utraciło znaczenie. Otaczało ją morze słów. Słów bez znaczeń. Pamiętała jeszcze, że znaczenie było kiedyś ważne. Ale dlaczego? Tego już nie pamiętała. A jeżeli, o czymś zapomniała, to nie mogło być istotne. Znaczenie kojarzyło się z bólem, a nikt nie chciał cierpieć. O tym pamiętała dobrze. A żeby nie cierpieć, trzeba było porzucić znaczenie i kształt. Stać się jednym z nurtów. Dołączyć do rzeki przeznaczenia.

***

Zaskoczenie było zbyt delikatnym terminem, aby określić to, co roztaczało się przed jego oczami. Słyszał wiele o potędze Szarego Wilka. W końcu osoba, przed którą ostrzegał sam Czerwony Kapłan, musiała dysponować ogromną mocą. Nigdy nie słyszał o aurze będącej w stanie zawrócić coś tak nieokiełznanego jak burza czasoprzestrzenna.   
Jednak właśnie taki widok rozpościerał się przed jego oczami. Resztki wyładowań elektrycznych ulegały rozproszeniu w kontakcie z zielonkawą, intensywną energią. Z drugiej strony, ich śmiertelny wróg musiał być teraz w fatalnym stanie. Pan Guesh miał rację. Druga taka okazja się nie powtórzy. Właśnie teraz musieli zadać śmiertelny cios.   
Wyciągnął rękę w górę, aby dać znać pozostałym dziewiętnastu Ruelzhan lewitującym tuż nad pozostałościami jaskini będącej wejściem na teren Epistich, że czas wykonać pierwszy atak.   
Prawie dwa tuziny odzianych w szkarłatne szaty osobników skierowało pociski surowej energii w stronę źródła magii o zielonym poblasku.
Ramulez uśmiechnął się szeroko, gdy złączony atak dotarł do celu, po czym rozległa się niewielka eksplozja. 
Chwilę później doszedł go zapach świeżo skoszonej trawy.
Jego oczy rozszerzyły się szeroko ze zdziwienia, gdy w świetle zachodzącego słońca, dojrzał unoszące się w powietrzu drobne nasionko. Ułamek sekundy później zewsząd zaczęły go atakować liany nasycone mocą żywiołu ziemi.
W ostatnim momencie zrobił unik, gdy zielone ostrze mignęło mu przed oczami. Kilka metrów za nim dobiegł go dziewczęcy krzyk.
Po jego czole spadły pierwsze krople zimnego potu.
Drżącymi dłońmi wykonał gest będący znakiem dla drugiej grupy Ruelzhan, czekającej po drugiej stronie stworzonego kilka minut wcześniej nurtu teleportacyjnego.       
Dopiero, gdy poczuł obecność dodatkowych sprzymierzeńców, w jego serce wstąpiła otucha.
Sięgnął po miecz i bez wysiłku rozharatał kolejną zagrażającą mu lianę. Mogli wygrać. Mogli go pokonać! Pragnął ujrzeć na własne oczy, jak Szary Wilk kona na jego oczach. Podjąwszy decyzję, gwałtownie zanurkował, zręcznie unikając kolejnych szalejących strumieni zielonej mocy.
Mijał kolejnych towarzyszów, którzy z powodzeniem eliminowali wciąż mnożące się liany. Z ogromną satysfakcją doszło do niego, że tempo, w jakim przyrastały nowe pędy, zaczynało maleć. Szary Wilk słabł w oczach!
W powietrzu wciąż unosił się zapach świeżo skoszonej trawy. Chociaż czy mu się wydawało, czy był on trochę intensywniejszy niż chwilę temu?
Zgrabnie wylądował za ogromnym głazem, pozostałością po jaskini, i szczelnie otoczył się barierą, jak go uczył pan Guesh wiele lat temu.
Właśnie wtedy ujrzał sylwetkę tego, który zastąpił mu ojca, zaraz po tym, gdy Strażnicy zabili jego rodziców. Jeden z pięciu generałów Czerwonego Kapłana stał tuż przed odzianym na szaro mężczyzną, przyciskającym mocno do siebie nieprzytomną, rudowłosą dziewczynę.   
- Słabniesz, Szary Wilku. – Rozległ się tak dobrze mu znany głos pana Guesha. – Dysponujesz przerażającą potęgą, lecz nawet ty nie dasz rady nam wszystkim. Giń. – Wykonał tak szybkie cięcie srebrzystą klingą, że Ramulez dojrzał jedynie wyładowanie elektryczne towarzyszące ciosowi.
Szary Wilk zrobił błyskawiczny unik, odskakując kilka metrów dalej. Mordercza energia jego opiekuna rozwaliła kolejną skałę w drobny mak.
- To na nic. Jak myślisz, jak długo dasz radę, utrzymywać swoje sadzonki w akcji, unikać moich ataków i na dodatek chronić tę pustą skorupę, którą trzymasz na rękach?
Dopiero wtedy Ramulez przyjrzał się rudowłosej. To musiała być dziewczyna, w którą wniknęła Ayneres. Ktoś, kto nie był Strażnikiem. Ktoś całkowicie niewinny wplątany w nie swoją wojnę. Ktoś, na kim Szaremu Wilkowi musiało straszliwie zależeć…
Mimowolnie chłopak poczuł głęboki smutek. Wiedział, że Szary Wilk był ich śmiertelnym wrogiem. Nienawidził Equeshan z całego serca. Dlatego właśnie postanowił walczyć. Aby już nikt nie musiał tracić kogoś bliskiego. I teraz, gdy widział na własne oczy, że owocem jego walki było zadanie przeciwnikowi takiego samego cierpienia, nie potrafił z czystym sumieniem przyznać, że to co, robili, było absolutnie słuszne.
Nagle w jego świadomości pojawiła się refleksja, że w tej wojnie nie było już słuszniejszej strony. Byli tylko ci, którzy potrafili zadawać boleśniejsze ciosy.
- Czy mój dziadek uczył cię osobiście? – Rozległ się chłodny i zadziwiająco opanowany głos Szarego Wilka.     
- Do czego zmierzasz? – spytał rozdrażniony Guesh.
Zapach świeżo skoszonej trawy stał się jeszcze bardziej intensywny.
- Sprowadziłeś swoją radosną gromadkę, bo stwierdziłeś, że całkowicie zniszczyłem burzę czasoprzestrzenną, prawda?
Coś w jego tonie sprawiło, że Ramuleza przeszedł zimny, nieprzyjemny dreszcz.
- Gdybyś porządnie odrabiał lekcje, potrafiłbyś odróżnić zniszczoną burzę czasoprzestrzenną od wycofanej.
W jednej chwili chłopak przerwał swoją barierę i zaczął tkać nurt teleportacyjny.
- Zdradzę ci sekret. – Młody Ruelzhan po raz pierwszy dojrzał dotychczas zakryte przez kosmyki grzywki bezlitosne szafirowe oczy.  – Ona wciąż trwa. Owszem, jest wyciszona, zostało jej sił jedynie na ostatnie szarpnięcie, ale jesteście w samym jej środku. A jedyne co ją przed wami teraz chroni jest moja moc.   
W ułamku sekundy energia Szarego Wilka zniknęła. Jedynie otaczająca go zielona aura świadczyła o fakcie, że przywołał jedynie tyle mocy, aby ochronić się przed nadchodzącym uderzeniem.
- Gdybyście zaatakowali trochę później, dokonałbym całkowitej anihilacji burzy czasoprzestrzennej i byłbym tak wyczerpany, jak na to liczyłeś. – Mężczyzna mówił przerażająco spokojnym głosem. – Gdybyście jej nie zaatakowali, może byście przeżyli. – W jego oczach pojawił się błysk zimnej wściekłości. – Teraz poniesiecie konsekwencje swojej decyzji.   
Z piersi Ramuleza wydarł się potworny krzyk, gdy w jednej chwili do jego wnętrza wniknął szalejący żywioł, rozrywając jego wewnętrzny nurt na kawałki.

***

Rzeka przeznaczenia płynęła z zawrotną prędkością. A ona wraz z nią. Już prawie nie można było odróżnić odrębności jej istnienia pośród morza słów pozbawionych znaczeń. Aż nagle Nurt zwolnił. Zwolnił, po czym w porażającym tempie zaczął się cofać.
To pobudziło jej prawie już nieistniejące zmysły. Zalała ją fala impulsów. Nie potrafiła już ani patrzeć ani słyszeć. Węch i dotyk całkowicie utonęły pośród nadmiaru bodźców. Była energią o umierającym kształcie. I jedyne, co czuła, był ocean przeróżnego rodzaju nurtów.
Te słabsze rozpryskiwały się w rzece nieoznaczoności w ułamku sekundy, te mocniejsze wirowały z urzekającą gracją by po upływie kilku milleniów powrócić do nicości. Jedynie dwa obezwładniające prądy czystej, surowej mocy zdawały się sięgać nieskończoności. Przez czas zdający się być wiecznością przeplatały się bez końca, dokonując na przemian anihilacji i kreacji.
Życie i śmierć.
Życie poddawało się śmierci, śmierć dawała początek życiu.
Porządek i chaos.     
Porządek był chaosem. Chaos był porządkiem.
Pradawna spirala miała swój początek.
Mroczna obecność, głębsza od najciemniejszej nocy.
Słowa były ważne.
Lecz tylko te słowa, które miały znaczenie.
Słowa mające znaczenie dawały początek nurtom.
Niektóre nurty dawały początek istnieniu.
A istnieli tylko ci, którzy posiadali imię.
Coś w jej wnętrzu drgnęło.
Płomień iskrzący się jasnym przyjemnym blaskiem.
Co to było?
To była ona. Była płomieniem, a płomień był nią. Ogień wypełniał jej istnienie, ponownie przywołując jej kształt.
Otaczała ją nieskończona ciemność. Ogarnęła ją świadomość, że powinna wrócić. Nie pamiętała jednak gdzie ani dlaczego.
Płomień w jej wnętrzu zaczął niepowstrzymanie pulsować w ciężkim, nieregularnym rytmie.
Gdzieś daleko stąd istniało źródło mocy mieniące się identycznym blaskiem jak jej ogień.
Właśnie tam musiała się udać.
Tylko tam zdoła odzyskać swoje imię.
     
***

Jaskrawożółte oczy rozszerzyły się w szoku. Z uwagą obserwował bezwładne ciało rudowłosej dziewczyny, której dusza i moc została pochłonięta przez burzę czasoprzestrzenną. Tak, jak powiedział Terramistrzowi, uratowanie młodej kobiety było niemożliwe. Jeżeli mag nie posiadał tak ogromnej i kontroli jak Szary Wilk, nie był w stanie oprzeć się takiemu żywiołowi. Dlatego też nie krył zdziwienia, gdy patrzył się na ciało mające pozostać pustą skorupą, w jakiej ponownie pojawiło się życie.
Po upływie kilkunastu sekund początkowe zdumienie zmieniło się w głód wiedzy. Musiał znać przyczynę takiego fenomenu! Jego zmysł magiczny dużo bardziej wyczulony niż u najpotężniejszego Strażnika raz jeszcze skupił się na podopiecznej Equeshan z Rejonu Varney. 
Chwilę później na trójkątnej twarzy pojawił się uśmiech niemej ekscytacji.
Niebywałe! Niespotykane! Oszałamiające!
Na jego własnych oczach doszło do zdarzenia, które nigdy miało nie mieć miejsca.
Teoretycznie martwa dziewczyna wróciła zza grobu, a będąca niemal na wyczerpaniu moc Szarego Wilka promieniała blaskiem potężniejszym niż kiedykolwiek.
Istniało tylko jedno wyjaśnienie tego zjawiska.
Szary Wilk, postrach Rejonu Varney, i nieznana nikomu dziewczyna osiągnęli Rezonans.     

***

Bolał ją każdy centymetr kwadratowy ciała. Czuła własne przyśpieszone bicie serca zsynchronizowane z nienaturalnie pulsującym w jej wnętrzu płomieniem. Powoli wracała też jasność umysłu oraz świadomość magiczna. Po kilku sekundach zrozumiała, dlaczego jej moc krążyła z większą niż kiedykolwiek wcześniej prędkością. Zewsząd otaczała ją obezwładniająca energia żywiołu ziemi.
Z ogromnym wysiłkiem otworzyła oczy i ujrzała unoszącą się nad nią twarz Zelgadisa. Twarz, na której nigdy wcześniej nie widziała takiej furii. W jego szafirowych oczach tliły się iskry wściekłości graniczącej z szaleństwem. Cała jego sylwetka emanowała tak morderczą aurą, jakiej nie czuła od początku swojego przybycia do magicznego świata. Mężczyzna trzymał ją na rękach, mocno przyciskając ją do siebie, lecz jego uwaga całkowicie była skupiona na niszczeniu kolejnych wrogów.
Bez chwili namysłu kierował morderczy żywioł w stronę kolejnych głupców, którzy wciąż myśleli, że mają cień szansy. Rdzenna moc ziemi tańczyła w śmiercionośnym tańcu, reagując na najkrótszą myśl swojego pana. Nie miało żadnego znaczenia, że znajdywali się w obszarze niemagicznym. Cała okolica została wypełniona obezwładniającą aurą Szarego Wilka. W pewnym momencie zapadła cisza. Nie było wątpliwości, że wróg został całkowicie unicestwiony, jednak Zelgadis nie wykonał najmniejszego ruchu, aby wycofać swoją moc.
- Zel…  – powiedziała cicho.
Zero reakcji.
Z wielkim wysiłkiem uniosła dłoń i lekko go dotknęła, jednocześnie wysyłając delikatny sygnał energetyczny.
- Zel… Już wystarczy… – odezwała się nieco głośniej.
Dopiero wtedy w jego oczach pojawiła się świadomość.
- Lina? – spytał, jakby dopiero teraz ją zauważył.
- Cześć – uśmiechnęła się lekko.
- Ale jak? – Odpowiedział, patrząc jej prosto w oczy. Po chwili wyciągnął dłoń i lekko dotknął jej policzka. Gdy delikatnie zanurzył się w jej wewnętrzny nurt, niedowierzanie w jego spojrzeniu zastąpiła szczera, niewypowiedziana ulga.
- Rezonans jest odpowiedzią, której szukasz, Terramistrzu. – Nagle dobiegł ich nowy głos.
- Rezonans? – powtórzyła słabo Lina. Jak tylko usłyszała to określenie, wreszcie zrozumiała tę dziwną pulsacji mocy w swoim wnętrzu. Owszem, ta nieznana sensacja zanikała z każdą minutą, lecz samo wrażenie było tak silne, że była przekonana, że przez długi czas nie będzie w stanie o tym zapomnieć. Z drugiej strony, co się tak naprawdę stało? Spróbowała sięgnąć pamięcią, lecz w jednej chwili poczuła takie ukłucie z tyłu głowy, że mimowolnie jęknęła z bólu.
- Lina, wszystko w porządku? – Natychmiast odezwał się ze zmartwieniem w głosie Zelgadis.
- Chyba tak… Po prostu nie pamiętam, jak doszło do tego wszystkiego… – Omiotła wzrokiem otaczające ją pobojowisko.           
Kątem oka ujrzała, że mistrz ziemi odwraca głowę. Wyczuwając, że coś jest nie tak, już otwierała usta, kiedy ponownie odezwał się nieznany jej głos. Dopiero wtedy niewysoka istota pojawiła się w zasięgu jej wzroku. Trójkątna twarz, bez uszu i nosa. Piękna, aksamitna sierść i utkwione w niej, niepokojące jaskrawożółte oczy.
- A my całym swoim istnieniem pragniemy się tego dowiedzieć, Dzierżycielko Płomienia. Przybyliście tu w poszukiwaniu odpowiedzi, czyż nie? Istnieje możliwość, że odpowiedzi, których poszukujecie, są informacjami, których my również pożądamy…
- Jaka jest wasza cena? – Wszedł mu w zdanie Zelgadis.
- Chcemy zrozumieć, jak dusza skazana na anihilację powróciła do świata żywych. W jaki sposób pomimo międzywymiarowej odległości, chociaż trwało to tak krótką chwilę, zrodził się między wami Rezonans. A odpowiedzi na to może udzielić tylko wniknięcie w wewnętrzny nurt Dzierżycielki Płomienia, Terramistrzu – odrzekło spokojnie stworzenie.
- Nie ma mowy – Natychmiast odparł wojownik. W jego głosie ponownie pojawiły się znamiona wściekłości.
Lina pomimo wyczerpania fizycznego zyskiwała coraz większą świadomość obecnej sytuacji. Zaraz potem, jak weszła do jaskini, stało się coś bardzo ważnego. Być może udałoby jej się odzyskać te wspomnienia na własną rękę. Czas jednak naglił. Potrzebowali tych informacji tu i teraz. Spojrzała raz jeszcze na Episti. Czując niewielki przypływ sił, ostrożnie się podniosła.
- Jednocześnie odpowiecie na nasze pytania i wyjaśnicie, co się wtedy stało? – spytała cicho.   
W oczach magicznego stworzenia nie było wahania.
- Z wielkim prawdopodobieństwem tak, Dzierżycielko Płomienia.
- Lina, zapomnij o tym. Umowy z Episti opierają się na silnych kontraktach magicznych. Ich cena zawsze jest czymś więcej niż się na początku wydaje. To nie jest dobry moment na zawieranie nieprzemyślanego kontraktu…
Młoda kobieta wsłuchała się w krążące obok niej, coraz bardziej wyciszające się nurty. Nie do końca rozumiała to, co ją otaczało. Nie wiedziała, ilu z Ruealzhan poniosło śmierć, lecz nie wyczuwała żadnego wpływu ich unicestwienia na równowagę nurtów. Zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu… Z drugiej strony Vun Geas było obszarem niemagicznym. Może w naturę tego miejsca było wpisane wypieranie wszelkich magicznych prądów? Już miała dosyć ciągłego błądzenia po omacku. Chciała wreszcie dotrzeć do prawdy. I dlatego nie zamierzała rezygnować z być może jedynej szansy, jaką oferował jej los.
- A kiedy będzie dobry moment, Zel? Przed czy po następnym ataku Ruelzhan? Zresztą on chce wejść w mój wewnętrzny nurt. To ja zawrę z nimi ten kontrakt – przerwała mu czarodziejka.
- Nie ma mowy – odparł uparcie.
- Zel, po coś tu przybyliśmy. Ty już dałeś z siebie wystarczająco. Teraz moja kolej.
- Ledwo uszłaś z  życiem, czy ty masz naprawdę nierówno pod sufitem?! – odpowiedział rozeźlony mag.   
- Terramistrzu, spójrz na siebie. Jesteś wyczerpany. Obydwoje jesteście. A my…  – Nagle za plecami Episti pojawiło się morze jaskrawożółtych oczu. – Możemy wam pomóc. 
W powietrzu zawisła niewypowiedziana groźba, ukryta pod powierzchnią łagodnych słów.
- Kiedy dokładnie mielibyście to zrobić? – spytała Lina, spoglądając na pokaźne grono magicznych istnień.
- Jak tylko Vun Geas odzyska swój pierwotny stan energetyczny – odparł przywódca Epistich zdawkowym tonem.
- Lina, nie zgadzam się… – zaczął głosem przesiąkniętym wściekłością Zelgadis.
- Zel, to moje życie i mój wybór. Nie wtrącaj się. – Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy. Przez dłuższą chwilę obydwoje piorunowali się wzrokiem, aż w końcu mężczyzna odwrócił głowę, zwracając się do przywódcy Episti.
- Macie mi zagwarantować, że cały proces nie zagrozi jej życiu.
- Masz na to moje słowo, jako imię moje brzmi Adreenu, Terramistrzu.
Imię to istnienie. A powoływanie się na własne istnienie było największą z możliwych przysiąg. 
- I nie spowoduje to żadnego urazu fizycznego, psychicznego ani magicznego.
- Uwierzyłbyś w wielki zysk przy małym ryzyku, Terramistrzu?
- To właściwa logika porządnego kupca – wtrąciła z lekkim uśmiechem Lina, spoglądając kątem oka na grymas na twarzy Zelgadisa. – To co mam teraz zrobić? 
- Gdy obydwoje, przysięgając na swoje imię, wypowiemy słowa kontraktu, ten od razu wejdzie w życie. – Episti, wykonując kilka kroków naprzód, stanął tuż przed dziewczyną i wyciągając w jej kierunku małą kończynę o trzech palcach.
Czarodziejka raz jeszcze wytężyła swój zmysł magiczny. Coś się w niej zmieniło. Coś w sposobie postrzegania magicznego świata. I nie wiedzieć czemu, pojawiło się w niej niezachwialne przekonanie, że jeżeli teraz nie chwyci tej ręki, nigdy nie będzie jej dane zrozumieć, co się tak naprawdę stało.
Lekko uścisnęła dłoń magicznego stworzenia i zaledwie kilkanaście słów później ponownie ogarnęła ją ciemność jej własnego istnienia.   
 
***

To było przerażające, jak historia potrafiła zatoczyć koło, niczym pradawny nurt wciąż powracający do miejsca swych narodzin.
Myślała, że już nigdy więcej nie doświadczy strachu i bólu towarzyszących jej tamtej nocy. Stopniowo ułożyła swoje życie, na nowo odnajdując cel i sens. Obiecała sobie, że stanie się prawdziwą kapłanką Ceiphieda Rejonu Varney. Że już nigdy nie zwątpi w nauczania starszych i odtąd będzie niewzruszenie stać na straży Równowagi wraz z innymi Strażnikami, których nie wiedzieć kiedy zaczęła nazywać swoją rodziną.
Jednak się myliła. Koszmar powrócił i opuścił senną przystań, aby stać się rzeczywistością. A żeby los mógł wystawić tę samą sztukę raz jeszcze, wszyscy poprzedni aktorzy musieli wrócić na scenę.       
W fioletowych, bezlitosnych oczach pobłyskiwała mroczna obietnica. Od nadmiaru emocji i myśli poczuła, że uginają się pod nią nogi. Jeżeli on tutaj był, oznaczało to jedno: od wypowiedzianych przez nią teraz słów będzie zależał jej dalszy los.
- Zadałem proste pytanie, Filio. Czy spotkałaś się z Valgaarvem?
Jednak odpowiednie słowa nie chciały nadejść. Jej przygnieciony nawałem bodźców umysł wypełniała jedynie paraliżująca pustka. Otworzyła usta tylko po to, aby po chwili je zamknąć.   
- Najwidoczniej odpowiedź brzmi tak. – Xelloss kontynuował tonem pozbawionym jakichkolwiek emocji, jednocześnie kucając, aby zrównać się z nią linią wzroku.  – Jak przebiegło spotkanie rodzinne po latach? Twój słodki braciszek nie był przypadkiem wybabrany we krwi kolejnych Strażników?
W obu pytaniach pojawiła się tak wyraźna drwina, że trzymające ją szpony przerażenia lekko rozluźniły swój chwyt.
- Nie, nie miał. – Sama się zdziwiła, jak słabo brzmiał jej własny głos. – Za to opowiadał wiele rzeczy… – Wiedziała, że powinna zamilknąć, że każde nieodpowiednio użyte słowo może zostać wykorzystane na jej niekorzyść. Jednak nie potrafiła przestać. – Takie niedorzeczności, że na przykład w wymiarze Overworld mordowano istoty niewygodne dla ustroju Eques. Zabawne, prawda? Zabijanie w Eques jest zabronione ze względu na zakłócanie Równowagi. Natomiast tam podobno zabijano jednocześnie Smoki i Mazoku. Ich energie miały się równoważyć, dzięki czemu nie dochodziło do zakłócenia nurtów. To całkiem niezła teoria, nie uważasz? Nawet brzmi teoretycznie prawdopodobnie…
- To faktycznie ciekawe opowieści. Zwłaszcza w ustach kogoś, kto nie miał oporów przed zabiciem własnej siostry.
W jej oczach pojawił się ból na skutek ponownie przywołanych bolesnych wspomnień. Obrazy z odległej przeszłości, wydarzenia z Cieleth z opowieści Liny i Zelgadisa, historia Valgaarva. Wszystko to zaczęło jej wirować przed oczami, gdy w jej głowie pojawiła się nieznośna i jednocześnie przerażająca myśl, że w tym pozornie chaotycznym strumieniu można się doszukać pewnej spójności.
- Xelloss, czy to… jest prawda? – spytała cicho, wciąż patrząc mu prosto w oczy.
Cóż za dziwne uczucie – pożądać prawdy, lękając się jednocześnie jej realnego kształtu. Przez ostatnich siedem lat pilnowała dotychczasowego porządku, osobiście dbając, aby nic nie zakłócało Równowagi. Nie chciała do siebie dopuścić, że nawet część z przypuszczeń Liny i Zelgadisa było prawdą. Słowa Valgaarva musiały być kłamstwem. Musiała jednak sama przed sobą przyznać, że za tym wszystkim musiało się coś kryć. Inne światło, w którym znane jej barwy przybrałyby zupełnie inny odcień.       
Na twarzy Mazoku pojawił się drwiący uśmiech.
- Ach prawda… To takie dumne słowo. Powiedziałbym, że prawdą dla ciebie będzie to, co sama za nią uznasz. Z tymże niektóre postacie prawdy są niebezpieczniejsze od innych.
Była zbyt zmęczona, aby poczuć przypływ złości.
- Nie byłbyś sobą, gdybyś raz odpowiedział mi wprost na pytanie, prawda?
- Przecież udzieliłem ci najobszerniejszej z możliwych odpowiedzi. – Drwiący uśmiech się nieco się poszerzył. – A skoro już powrócił ci dar mowy, powiedz mi, Filio, czy Valgaarv zaproponował ci przejście na stronę Ruelzhan?   
Lęk ponownie ścisnął jej żołądek, jednak dobrze wiedziała, że kłamanie nie miało najmniejszego sensu.
- Czy samo usłyszenie propozycji jest przestępstwem?
- Usłyszenie jeszcze nie. Jednak wyznawanie tej samej prawdy co wróg Równowagi, postawiłoby cię po tej samej stronie barykady co on.
Słysząc te słowa, przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz.
- Istnieją tylko dwie drogi? Nie ma nic pośrodku? – wyszeptała.
Mężczyzna wyciągnął rękę jej stronę. Filia instynktownie się cofnęła, na ile pozwalała jej klęcząca pozycja, oczekując uderzenia mrocznej mocy.
Ku jej zaskoczeniu dłoń Demona lekko ujęła jej policzek.   
- Na to pytanie sama musisz sobie udzielić odpowiedzi. 
Chwilę później poczuła, jak otula ją jego demoniczna energia. Delikatnie, jak nigdy wcześniej, ciemna moc wypełniła jej świadomość, wywołując natychmiastową senność. Nawet nie próbując z nią walczyć, poddała się zalewowi jakże jej potrzebnej błogiej nieświadomości.   

***

Na świecie nic nie było ważniejsze od dotrzymania raz danego słowa.
Sam fakt złożenia obietnicy był czymś absolutnie niesamowitym. Oznaczało to, że miało się w swoim życiu kogoś niesamowicie ważnego. A czy istniało większe szczęście od posiadania takiej osoby? Kogoś, komu ufało się bez względu na wszystko. Na kogo szczęściu zależało komuś bardziej niż na własnym spełnieniu. Kogoś, komu można było poświęcić własne życie.
Dla niej odpowiedź na to pytanie była oczywista.
Delikatnie przejechała palcem po szorstkiej twarzy pokrytej gęstym zarostem. Nawet jego uśpione oblicze nie miało w sobie za grosz majestatu, którego oczekiwała od osoby stojącej na czele wymiaru. Gdy kilka lat wcześniej ujrzała go po raz pierwszy, nie kryła zawodu. Na początku obsadzenie go w tak ważnej roli wydawało jej się jedną wielką pomyłką. Nie rozumiała otaczających go magów, wypełniających bezzwłocznie każdy, nawet najlichszy rozkaz. Bardzo, bardzo powoli odkrywała powody, dla których tylu pozornie zdolniejszych i mądrzejszych Strażników akceptowało go jako przywódcę, aż sama się stała jednym z jego największych zwolenników.
I im większym go darzyła szacunkiem, tym bardziej przeklinała swój los.
Nigdy nie przypuszczała, że w jej życiu znajdą się aż dwie osoby, którym poświęciłaby swe istnienie. A zwłaszcza, że tą drugą stanie się jeden z jej wrogów.
Jednak to Elsevien ją ocaliła. To ona dała jej sens istnienia. To jej złożyła obietnicę, że jej życie należy do niej.
A dotrzymanie danego słowa było największą świętością, jaka istniała.       
Rozkaz Elsevien mógł się niektórym wydawać okrutny, lecz znała swoją panią lepiej niż ktokolwiek inny. Tylko w taki sposób można było obalić fałszywą Równowagę.
Brzydką drwiną losu był fakt, że przez swój pobyt w samym sercu Seyrun, zaczęła powoli rozumieć tę drugą stronę barykady. Fałszywa Równowaga nie była podtrzymywana bez powodu. Najstarsi przedstawiciele Mazoku i Ryuzoku, ci, którzy pamiętali wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat temu, mieli prawo obawiać się Jej powrotu. Oni ją znali, widzieli, czuli Jej obecność. Była skłonna uwierzyć, że ich działania były przykrą koniecznością. Przecież każde stworzenie chciało przetrwać za wszelką cenę. To było wręcz naturalne posunięcie.
Co nie oznaczało, że było to dobre. Nikt, kto nie był Nią, nie powinien dyktować zasad istnienia Wszechświata.
Dlatego z pokorą przyjmowała swój los. Jeżeli miała się stać cegiełką na drodze Jej powrotu, była tylko wdzięczna światu za takie przeznaczenie.
Wystarczyło tylko skierować ostatnią wiązkę energii w stronę nieprzytomnego mężczyzny, aby plan pani Elsevien się dokonał.
Ostatnia strużka mocy, aby zabić tego człowieka i przenieść się w niebyt.     
Treść zaklęcia, jakie zakotwiczyła w niej pani Elsevien, od początku była dla niej jasna.
Aby ostatnia nić została wpleciona w siec czaru, musiała, korzystając z magii tożsamości przekonwertować całe swoje istnienie w czystą, surową moc.
Od początku była na to gotowa. Od wielu nocy wyobrażała sobie scenariusz swojego ostatniego dnia. Dano jej odpowiednią ilość czasu, aby jej umysł zdołał zaakceptować taki sposób rozłąki ze światem.
Jednak nie potrafiła opanować drżenia na całym ciele. Ani łez opadających na uśpioną twarz.
W jednej chwili uświadomiła sobie, że raz jeszcze chciałaby zobaczyć jego uśmiech. Tak pełen ciepła i dobroci.
Jej palec lekko muskający jego policzek przesunął się w stronę jego ogromnej dłoni. Powoli wsunęła swoją dłoń w jego, splatając z nim swoje palce.
Czy to była zdrada?
Pewnie tak. Nie wolno jej było pokochać swojego śmiertelnego wroga.       
Właśnie taki był świat fałszywej Równowagi. Nie wolno było kochać, postępować zgodnie z własnym sercem.
Dlatego właśnie stare Eques musiało umrzeć.
Uśmiechnęła się lekko przez łzy, gdy jej istnienie zaczęło się przemieniać się w czystą surową energię.


Led through the mist by the milk-light of moon. All that was lost is revealed
Our long bygone burdens, mere echoes of the spring. But where have we come, and where shall we end?
If dreams can't come true, then why not pretend?

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
kalendarzu ZMIANA IP TS - TS BEZ LAGÓW!@